fbpx
ZNAK_Pindel_ZaHoryzont_Facebook_1200x628_C_3

Frag­ment książki autor­stwa Toma­sza Pin­dla, pt. “Za hory­zont. Pola­ków laty­no­ame­ry­kań­skie przy­gody”, wyd. Znak, pre­miera 18 lipca 2018 r.

Bra­zy­lia
Gdzie figi lecą z nieba do roz­dzia­wio­nych gąb
Ody­seja chłop­ska

Do Guarani das Mis­sões doje­cha­łem pew­nego wrze­śnio­wego poranka auto­bu­sem z Santo Ângelo: to dale­kie bra­zy­lij­skie połu­dnie, jakieś sto kilo­me­trów od gra­nicy argen­tyń­skiej. Wysia­dłem za wcze­śnie, na przed­mie­ściach, zamiast w cen­trum mia­sta, ale to dało mi oka­zję do pierw­szego reko­ne­sansu. Było dość wcze­śnie, sło­necz­nie i nie­sa­mo­wi­cie parno, ptaki hała­so­wały wesoło, a ja kro­czy­łem sze­ro­kimi bru­ko­wa­nymi uli­cami, mija­jąc par­te­rowe zwy­kle domki z ogród­kami. Gdzie jest cen­trum, łatwo było poznać, bo na jed­nym z łagod­nych wzgórz, na któ­rych poło­żone jest mia­sto, maja­czyła kościelna wieża. A im bli­żej, tym bar­dziej byłem pewien, że dobrze tra­fi­łem.

Super­mar­ket Andrze­jew­ski. Apteka Far­ma­pol­ska. Baner firmy pro­jek­to­wej o nazwie Guarani wpraw­dzie, ale z cha­rak­te­ry­stycz­nym logo­ty­pem w kształ­cie orzełka w koro­nie, do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ją­cym zna­czek par­tii PiS. Na nie­któ­rych nie­ru­cho­mo­ściach tabliczki z napi­sem „Firma Niwin­ski sprze­daje”. Sklep moto­ry­za­cyjny Pola­cos Motos. A w parku w cen­trum mia­sta, tuż przed kościo­łem, pomnik Jana Pawła II, oflan­ko­wany bane­rami z por­tre­tem tegoż po pra­wej i wize­run­kiem Jezusa po lewej stro­nie.

ZNAK_Pindel_ZaHoryzont_Facebook_1200x628_C_3

Z placu cen­tral­nego ruszy­łem pro­sto do pre­fek­tury, przed­sta­wi­łem się w sekre­ta­ria­cie i od razu zauwa­ży­łem rzą­dek por­tre­tów doty­cza­so­wych bur­mi­strzów. Na ścia­nie wisiały kolejno podo­bi­zny: Cle­mente Sol­tis (Soł­tys), Cle­mente Vicente Bin­kow­ski, Wal­ter Psz­czyn­ski, Case­miro War­pe­chow­ski, Anto­nio Gon­sior­kie­wicz, Bole­slau Roque Sha­lan­ski, Jerônimo Jaskul­ski, Lauro Luiz Mar­mi­licz (potem się dowie­dzia­łem, że ten aku­rat wywo­dzi się z rodziny pocho­dze­nia jugo­sło­wiań­skiego, „ale spolo­nizowanej”), znów Case­miro War­pe­chow­ski, a obec­nie stano­wisko to pia­stuje po raz pierw­szy kobieta: Janete Dauek (Dał­łek). Z miej­sca zosta­łem przy­jęty przez panią pre­fekt, w gabi­ne­cie ofi­cjalna pre­zen­ta­cja, prócz pani bur­mistrz i jej zastępcy poznaję wtedy wła­śnie moich dwóch amfi­trio­nów – Edu­arda Zwana, nauczy­ciela, i nie­wiele ponad­dwu­dzie­sto­let­niego Olka Pia­sec­kiego, któ­rzy będą mi towa­rzy­szyć przez cały pobyt. Tro­chę jestem spe­szony tak ofi­cjal­nym przy­ję­ciem, zwłasz­cza że mam na sobie krót­kie spodnie i prze­po­coną od ple­caka koszulkę (wspo­mi­na­łem, że było strasz­nie parno), i przy­cho­dzi mi do głowy myśl, że z całego zebra­nego tu towa­rzy­stwa naj­mniej pol­skie nazwi­sko mam chyba ja…

Cesarz, ksiądz i śmia­łek

Oczy­wi­ście przed podróżą dużo czy­ta­łem o chłop­skiej emi­gra­cji do Bra­zy­lii w dru­giej poło­wie XIX wieku i – choć mia­łem prze­cież do czy­nie­nia z poważ­nymi i nauko­wymi źró­dłami – nie mogłem oprzeć się wra­że­niu, że wszystko to wygląda tro­chę jak bajka. Czy też raczej – jak baśń. Bo bajka suge­ruje jed­nak nad­mierną lek­kość i gład­kość, a w baśni bywa prze­cież i strasz­nie, i egzo­tycz­nie, i zdu­mie­wa­jąco.

Za górami i lasami, a potem jesz­cze za wiel­kim oce­anem była sobie Bra­zy­lia. Kraj ogromny – obra­zowo można powie­dzieć, że wiel­ko­ści mniej wię­cej całej Europy, odli­cza­jąc Rosję – mało ludny i raczej spo­kojny: inne pań­stwa Ame­ryki Połu­dnio­wej zdo­by­wały swoją wol­ność ogniem i mie­czem, lecz Bra­zy­lia unie­za­leż­niła się od daw­nej macie­rzy, Por­tu­ga­lii, poko­jowo. Pomógł jej w tym Napo­leon Bona­parte, bo gdy naje­chał Pół­wy­sep Ibe­ryj­ski, por­tu­gal­ski król czmych­nął wraz z dwo­rem za Wielką Wodę i przez parę lat kolo­nia stała się de factomacie­rzą. Potem król wró­cił do Lizbony, ale trudno już było utrzy­mać kolo­nialny porzą­dek i Bra­zy­lia wybiła się na nie­pod­le­głość naj­pierw poprzez unię per­so­nalną, a potem sado­wiąc na tro­nie swo­jego władcę.

Pod­czas rzą­dów dru­giego władcy Bra­zy­lii, dobro­tli­wego cesa­rza Pio­tra (Pedro) II, kraj się roz­wi­jał i boga­cił – głów­nie na han­dlu i rol­nic­twie, któ­rego fila­rem była praca ogrom­nej liczby czar­no­skó­rych nie­wol­ni­ków. O ile jed­nak piękne i sto­łeczne Rio de Jane­iro wraz z innymi nad­brzeż­nymi regio­nami pro­spe­ro­wało pomyśl­nie, o tyle gigan­tyczne obszary bra­zy­lij­skiego inte­rioru pozo­sta­wały puste, poro­śnięte pusz­czą i buszem, nie­upra­wiane, zamiesz­kane nie­mal wyłącz­nie przez Indian – no a oni się dla cesa­rza Pio­tra nie liczyli. O India­nach miło było poczy­tać w roman­tycz­nych powie­ściach Joségo de Alen­cara, ale oni nie orali i nie siali, podat­ków nie pła­cili, toteż cesarz uległ pod­szep­tom swo­ich dorad­ców i otwo­rzył kraj dla emi­gran­tów, przy­by­szów z Europy, na przy­kład Niem­ców, któ­rzy to już w latach dwu­dzie­stych licz­nie poczęli napły­wać. A wraz z nie­miec­kimi osad­ni­kami zja­wiali się i pol­scy chłopi, któ­rym na wschod­nich kre­sach pru­skiego pań­stwa wio­dło się źle i szu­kali nowej szansy za oce­anem. Ciężko im jed­nak było – i to podwój­nie – bo prócz zwy­kłych emi­granc­kich tru­dów docho­dziło złe trak­to­wa­nie przez pru­skich zarząd­ców i osad­ni­ków: tak jak pod zabo­rem na pol­skich zie­miach ger­ma­ni­zo­wano pol­skich chło­pów, tak i tu szy­ka­no­wano ich i odma­wiano praw. Nie mogli zatem wychodźcy zaznać spo­koju na nowej ziemi.

Jedną z takich opa­no­wa­nych przez Niem­ców osad, w któ­rej miesz­kali także pol­scy osad­nicy, było Blu­me­nau, i do tegoż mia­steczka tra­fił nie­jaki ksiądz Antoni Zie­liń­ski. Był to czło­wiek o barw­nym życio­ry­sie, który z nie­jed­nego pieca chleb jadł. Zacią­gnął się na fran­cu­ską wyprawę inter­wen­cyjną do Mek­syku, ale nie czuł się tam zbyt pew­nie: awan­tura skoń­czyła się wszak porażką Euro­pej­czy­ków, a jeden z gra­su­ją­cych po kraju oddzia­łów woj­sko­wych zare­kwi­ro­wał wszyst­kie oszczęd­no­ści Zie­liń­skiego, toteż ów wybrał się do Bra­zy­lii, bo jak powia­dał ksiądz, „Nie masz to jak nasza Bra­zy­lia, kraj spo­koju i ładu, pań­stwo dobrego cesa­rza Pedra II, opie­kuna cudzo­ziem­ców i ludzi pra­co­wi­tych, a naj­lep­szym dowo­dem tej jego opieki jest kolo­ni­za­cja Blumenau”1.

Pew­nego razu spo­tkał ksiądz Zie­liń­ski mło­dego chło­paka, swo­jego rodaka, spod Opola. Uro­dził się ów mło­dzian w 1844 roku w rodzi­nie zamoż­nych chło­pów z Sioł­ko­wic Sta­rych jako Seba­stian Woś, ale kiedy miał lat rap­tem dwa­dzie­ścia parę, już w Bra­zy­lii, posłu­gi­wał się imie­niem i nazwi­skiem Edmund Sapor­ski, nie bar­dzo w sumie wia­domo dla­czego: może się prze­chrzcił, żeby unik­nąć poboru do pru­skiego woj­ska, może przy­brał nazwi­sko od swo­ich opie­ku­nów – przy­bra­nych rodzi­ców, a może nastą­piła jakaś urzęd­ni­cza pomyłka, któż to dziś wie­dzieć może? W każ­dym razie, kiedy już lata póź­niej przy­jął bra­zy­lij­skie oby­wa­tel­stwo, nazy­wał się Seba­stião Edmundo Vos-Sapor­ski.

Sapor­ski miał, jak się rze­kło, lat nie­wiele, ale prze­żyć zdą­żył już sporo. Rodzice, choć sami pro­ści, posłali go do szkół, ale chło­pak do matury nie doszedł, prze­rwał naukę „dla pora­to­wa­nia zdro­wia, które utra­cił przez nad­mierne studiowanie”2, jak sam napi­sał znacz­nie póź­niej. Pod­jął pracę na poczcie opol­skiej, ale kiedy zagro­ził mu pobór do armii, nie zwle­ka­jąc, uciekł przez Ham­burg do Anglii, a potem do Ame­ryki Połu­dnio­wej. Bawił w Argen­ty­nie i Uru­gwaju, ponoć bli­ski był zacią­gnię­cia się na wojnę para­gwaj­ską (kiedy to ów nie­wielki kraj został zaata­ko­wany przez trójkę sprzy­się­żo­nych sąsia­dów), ale na dobre osied­lił się w Bra­zy­lii. Wła­śnie był w dro­dze do osady zamiesz­ka­nej przez mię­dzy innymi Pola­ków – do Blu­me­nau.

Ksiądz opo­wie­dział chło­pa­kowi o swo­ich losach i o tym, jak źle trak­to­wani są Polacy przez zarząd kolo­nii. Sapor­ski był zdu­miony. Jak to ujął po latach w swych wspo­mnie­niach: „Bra­zy­lia prze­cież rów­nie gościn­nie otwo­rzyła swoje podwoje dla wszyst­kich naro­do­wo­ści; jeśli przyj­muje Niem­ców, któ­rzy tej gościny nie potrze­bują, to tym bar­dziej powinna wpusz­czać Pola­ków, któ­rzy – pozba­wieni ojczy­zny – cier­pią prze­śla­do­wa­nia naro­dowe i reli­gijne pod rzą­dami zabor­ców. Oświad­czył więc [Sapor­ski], iż ksiądz Antoni powi­nien – wyzy­sku­jąc swe roz­le­głe sto­sunki – przy­czy­nić się do ulże­nia doli pol­skich emi­gran­tów. Ksiądz Antoni był swego czasu przed­sta­wiony cesa­rzowi Pedro II, a szczy­cił się przy­jaź­nią z jego zię­ciem hra­bią d’Eu, zawartą dzięki bisku­powi z Rio de Jane­iro, który codzien­nie odpra­wiał mszę św. w kaplicy cesar­skiej. Tak wyso­kie konek­sje uła­twić powinny wyjed­na­nie u rządu kon­ce­sji na kolo­ni­zo­wa­nie okre­ślo­nych obsza­rów przez emi­gran­tów z Polski…”3. Pomysł bowiem jest pro­sty: skoro Niemcy mogą two­rzyć swoje osady, to niechże i Polacy dostaną takie prawo, wtedy będą czuć się u sie­bie.

Ksiądz i mło­dzie­niec biorą się do pracy nad pety­cją. Już na samym początku roz­strzy­gają bar­dzo ważną – i brze­mienną w skutki – kwe­stię, czyli loka­li­za­cję ewen­tu­al­nych przy­szłych osad. Wska­zują na połu­dniowy stan Paraná, który leży daleko od rów­nika i cechuje się łagod­niej­szym kli­ma­tem. W kwiet­niu 1869 roku pismo zostaje wysłane do cesa­rza i nie­długo przy­cho­dzi odpo­wiedź: pozy­tywna, acz wyma­ga­jąca dal­szych uści­śleń i opra­co­wań. Wia­domo, takich admi­ni­stra­cyj­nych decy­zji nie podej­muje się, ot tak, z mar­szu.

Pindel_Za-horyzont_3D

Tyle że wyda­rze­nia toczą się swoim ryt­mem i w sierp­niu przy­pływa kolejna grupa Pola­ków – szes­na­ście rodzin, a w następ­nym roku kolejna podob­nej wiel­ko­ści gro­mada, łącz­nie pra­wie dwie­ście osób, i wszy­scy z Opolsz­czy­zny, z rodzin­nych stron Woś-Sapor­skiego, naj­pew­niej pod wpły­wem jego listów. For­mal­nie kwe­stia pol­skiego osad­nic­twa nie jest wciąż zała­twiona, a emi­granci skarżą się na fatalne warunki. Żyją w stra­chu przed dzi­kimi zwie­rzę­tami i ata­kami podej­rze­wa­nych o ludo­żer­cze skłon­no­ści Indian.

Sapor­ski, który wybrał się do ich osady – Bru­sque, zwa­nej Brzózką – i na wła­sne oczy prze­ko­nał się o powa­dze sytu­acji, inter­we­nio­wał u władz, ale wszystko prze­cią­gało się nie­mo­żeb­nie. Zarząd kolo­nii Bru­sque, świa­dom pla­nów Polaka, sta­rał się im prze­ciw­dzia­łać, bo też wyjazd tak licz­nej grupy osad­ni­ków ozna­czałby poważny uby­tek ludzki. Wresz­cie po wielu mie­sią­cach udało się Woś-Sapor­skiemu zdo­być odpo­wied­nie doku­menty, tyle że wła­dze Bru­sque wcale nie miały zamiaru ustę­po­wać i blo­ko­wały wyjazd siłą i szan­ta­żem, powo­łu­jąc się na nie­spła­cone długi osad­ni­ków (pamię­tać trzeba, że w Bra­zy­lii legalne było nie­wol­nic­two i choć emi­granci nie­wol­ni­kami, rzecz jasna, nie byli, rzu­to­wało to na ich sta­tus). Woś-Sapor­ski jed­nak, jak na śmiałka przy­stało, wie­dział, że jest czas na for­malne zabiegi i jest czas na sta­now­cze dzia­ła­nia. Osad­nicy po pro­stu ucie­kli z Bru­sque i Blu­me­nau: naj­pierw tra­twami spły­nęli w dół rzeki, potem prze­pra­wiali się przez lasy, następ­nie znów się zaokrę­to­wali, by w lipcu 1871 roku dotrzeć na miej­sce: do Kury­tyby.

Kury­tyba

Woś-Sapor­ski o Kury­ty­bie, kiedy do niej przy­je­chał po raz pierw­szy, pisał tak: „Na prze­strzeni zamknię­tej kwa­dra­tem ulic: Flo­res, Ria­chu­elo, Com­mer­cio (dziś 15 de Novem­bro) (…) stały jedy­nie cztery domy, zwró­cone fron­tem do ul. Flo­res, tyłem zaś do ul. Com­mer­cio. (…) Ogrody – właś­ciwie trawą poro­słe podwó­rza tych domów – bie­gły aż do mokrych łąk, na któ­rych pasło się bydło. W pew­nej odle­gło­ści stam­tąd, w kie­runku połu­dnio­wym, cią­gnęła się prze­strzeń zupeł­nie pusta, nie zabu­do­wana zupeł­nie, a się­ga­jąca aż do gar­dzieli rzeki Igu­assu. O parę metrów na połu­dniowy wschód wid­niała wśród lasów prze­twór­nia herwy matte, wła­sność oby­wa­tela Ven­tura Tor­res (…). Ogrody i place dzi­siej­szych ulic Ria­chu­elo i Paseio Publico były w owych cza­sach pustymi łąkami i mokra­dłami, które od czasu do czasu zale­wała rzeka Belem. (…) Chcąc dostać się dalej, trzeba było zawró­cić, skie­ro­wać się przez plac Zacha­rias i ul. Aqu­ida­ban, tu zbo­czyć, wymi­nąć bagno, by wresz­cie wydo­stać się na wesoły step Cam­pos Gerais – step ogólny – jak nazy­wali go poga­nia­cze kara­wan jucz­nych, przy­wo­żą­cych do mia­sta roz­ma­ite towary z głębi stanu. (…)

Śród obco­kra­jow­ców prze­wa­żali Fran­cuzi, Anglicy i Niemcy. Polaka nie było w Kury­ty­bie ani jed­nego. (…) Jeśli cho­dzi wresz­cie o liczbę miesz­kań­ców, to powszech­nie znany i sza­nowny inży­nier Anto­nio Rebo­uças (…) podaje w swo­ich spra­woz­da­niach sta­ty­stycz­nych, iż cała ówcze­sna Parana liczyła 108 000 głów”4.

Oglą­dam plany mia­sta z roku 1850 i 1860: rze­czy­wi­ście, jest to co naj­wy­żej mała osada, cen­tralny plac (dziś nosi miano Tira­den­tes) i rap­tem dwie, trzy ulice w każdą stronę. Tylko parę prze­cznic. Dalej zaczy­nają się pola. Ale już na mapie z 1894 wygląda to jak mia­steczko: powierzch­nia rozros­ła się kil­ka­krot­nie i widać gęst­szą siatkę ulic; na nie­mal całym pasie wschod­nim oraz spo­rej czę­ści zachod­niego kwar­tały mię­dzy przecz­nicami są już wyty­czone i nary­so­wane, ale nie zabu­do­wane; gdzie­nie­gdzie widać poje­dyn­cze budynki. A na pla­nie o dekadę póź­niej­szym prze­wa­ża­jąca część ulic ma już wyraź­niej­sze kon­tury, więk­szość nazw jest już roz­po­zna­wal­nych dla dzi­siej­szego miesz­kańca mia­sta, widać też wyraź­nie miej­ski cmen­tarz oraz linię kole­jową.

Łażę po cen­trum dzi­siej­szej Kury­tyby. Roz­kład ulic i pla­ców zasad­ni­czo się zga­dza, ale mia­sto – rzecz oczy­wi­sta – zna­cząco różni się od tego, jakie zoba­czyli Woś-Sapor­ski i pierwsi emi­granci. Laty­no­ame­ry­kań­skie metro­po­lie zwy­kle szybko pozby­wają się sta­rych zabu­do­wań, szu­ka­nie śla­dów archi­tek­to­nicz­nej prze­szło­ści bywa w nich fru­stru­jące, acz aku­rat w Kury­ty­bie nie jest pod tym wzglę­dem źle: zacho­wało się cał­kiem sporo pięk­nych kamie­nic z początku XX wieku, cza­sem nawet nie­mal całe uliczki, a w każ­dym razie ciągi takich domów, jak choćby w oko­li­cach skweru Gari­bal­diego, nie­opo­dal placu Tira­den­tes. Ale euro­pej­ski poszu­ki­wacz egzo­tyki będzie tu raczej roz­cza­ro­wany: domi­nuje zabu­dowa znacz­nie póź­niej­sza, jakieś lata sie­dem­dzie­siąte, może póź­niej­sza jesz­cze, budynki zwy­kle nie za wyso­kie, ale tu i ówdzie wystrze­li­wuje wie­żo­wiec, czę­sto obwie­szony skrzyn­kami od kli­ma­ty­za­cji, które nie dodają uroku. Kury­tyba widziana z oddali jawi się jako sie­dli­sko takich śred­niej wiel­ko­ści dra­pa­czy chmur w oto­cze­niu bar­dziej przy­sa­dzi­stej zabu­dowy. Spa­ce­ruję dep­ta­kową ulicą 15 de Novem­bro, pełno tu skle­pów – mar­ko­wych z odzieżą, outle­to­wych z prze­my­słową chińsz­czy­zną wszel­kiej maści – knajp, restau­ra­cji, ale raczej typu fast­fo­odo­wego, jedze­nie zasad­ni­czo zglo­ba­li­zo­wane, choć nie­mal wszę­dzie można kupić bolin­hos, czyli róż­nego typu słone pasz­te­ciki. Ulicą pły­nie tłum, róż­no­rodny, wie­lo­ra­sowy, choć Bra­zy­lij­czy­ków afry­kań­skiego pocho­dze­nia jakoś tu nie widzę zbyt wielu, stu­denci, biz­nes­meni, dziew­czyna z dre­dami roz­daje ulotki, męż­czy­zna w mary­narce zachwala do mikro­fonu ofertę per­fu­me­rii. Zwy­kłe bra­zy­lij­skie mia­sto, śred­niej wiel­ko­ści. Uwaga: śred­niej wiel­ko­ści na bra­zy­lij­ską skalę – ma jakieś 3 miliony miesz­kań­ców, przy takim dwu­na­sto­mi­lio­no­wym São Paulo rze­czy­wi­ście nie­wiele. To jedna z pierw­szych rze­czy, jakich przy­bysz z Pol­ski uczy się w Bra­zy­lii: blisko–daleko, małe–duże – to są kate­go­rie bar­dzo względne.

Przy­by­szowi z Pol­ski Kury­tyba jawi się jako naj­bar­dziej pol­skie mia­sto Bra­zy­lii, tutej­szy odpo­wied­nik Chi­cago. Czy Bra­zy­lij­czycy też mają takie sko­ja­rze­nia? – pytam Edu­arda Nada­lina i Mar­cela Paivę de Souzę, pra­cow­ni­ków tutej­szej polo­ni­styki, każdy z nas nad tale­rzem z uni­wer­salną tila­pią, ale na szczę­ście z wyraź­nie bra­zy­lij­skimi pal­mi­tosw sałatce.

– Nie – krzy­wią się. – Raczej nie.

– Kury­tyba ma w Bra­zy­lii opi­nię naj­bar­dziej euro­pej­skiej sta­no­wej sto­licy, cokol­wiek to zna­czy – mówi Edu­ardo. – Z Pol­ską mogą koja­rzyć ją lepiej wykształ­ceni ludzie albo miło­śnicy poezji, za sprawą Paula Lemin­skiego – cho­dzi o bra­zy­lij­skiego, nie­ży­ją­cego już, poetę, który rzeczy­wiście poczu­wał się do pol­skich korzeni.

– Bra­zy­lij­czycy mają o kury­ty­bia­nach zda­nie, że są zimni, zamknięci i zaro­zu­miali – śmieje się Mar­celo. – W prze­ci­wień­stwie do typo­wego miesz­kańca kraju.

Zwa­żyw­szy na to, że drugą, obok Pola­ków, naj­więk­szą grupą emi­gra­cyjną byli tutaj Włosi, docho­dzę do wnio­sku, że śmiało możemy miej­scowy tem­pe­ra­ment uznać za nasz wkład naro­dowy.


Ten i wiele innych znakomitych tekstów znajdziesz w najnowszym numerze, który kupisz  w naszym sklepie:

sklep.magazynkontynenty.pl

BĄDŹ Z NAMI W KONTAKCIE