13.06.2017

W Sundarbanach znikają tygrysy

Tekst i zdję­cia: Kata­rzyna Sta­chyra

Tylko woda i drzewa. Drzewa i woda. Ganges spływa tu aż z Himalajów, zespalając się z innymi świętymi rzekami Indii

Niebo usiane tysią­cami dia­men­tów. Wpa­truję się w blask ogni­ska, ogrze­wam dło­nie – gru­dniowe noce bywają tu, w del­cie Gan­gesu, naprawdę chłodne. Nagle z daleka, od strony rzeki, sły­szę huk wystrza­łów. Prze­biega mnie dreszcz. W oddali dostrze­gam wie­życzki straż­ni­cze. Instynk­tow­nie roz­glą­dam się wokół. Deli­katny wiatr poru­sza wyso­kimi pal­mami, ota­czają mnie liche, gli­niane chaty kryte strze­chą. Nie ma żad­nego ogro­dze­nia, żad­nej broni. Rzeka pły­nie led­wie kil­ka­na­ście metrów ode mnie. Idą…? Podobno świet­nie pły­wają. Wra­cam pośpiesz­nie do mojej gli­nianki. I cze­kam.

Przy­szedł do wio­ski poło­żo­nej o dwa kilo­me­try stąd. To naprawdę bli­sko. Musiał być głodny, zabił trzy kozy” – naza­jutrz dowia­duję się o noc­nej wizy­cie.

Tygrysy zazwy­czaj trzy­mają się z dala od osie­dli ludz­kich. Wolą polo­wać na zwie­rzynę w swoim kró­le­stwie, w dżun­gli. A więc zeszłej nocy były to strzały ostrze­gaw­cze, słu­żące ludziom, ale i mające odstra­szyć dra­pież­nika.

Tym razem ucier­piały tylko zwie­rzęta gospo­dar­skie. Zda­rzają się jed­nak ofiary w ludziach. Więk­szość to śmiał­ko­wie – zawo­dowi zbie­ra­cze miodu, wybie­ra­jący się w głąb dżun­gli, by zaro­bić na utrzy­ma­nie rodziny. Tygrysy ata­kują też ryba­ków, któ­rzy wpły­nęli zbyt głę­boko w las. Bo Sun­dar­bany, czy też Shun­dor­bon (zależ­nie czy mówimy w hindi, czy w ben­gali, lokal­nym języku), to nic innego jak „piękny las”. Naj­po­pu­lar­niej­szy gatu­nek drzewa to sun­dari – „pięk­ność”.

Cisza i zgiełk

10 000 km kw. lasu namo­rzy­no­wego, więk­sza część w sąsied­nim Ban­gla­de­szu. To naj­więk­szy tego typu las na świe­cie. Drzewa man­growe zatrzy­mują kilka razy wię­cej dwu­tlenku węgla niż te rosnące w lasach desz­czo­wych. Są nie­zwy­kle cenne.

Rytm dnia odmie­rzają tutaj przy­pływy i odpływy. Ran­kiem błot­ni­ste pod­łoże odsła­nia się, obna­ża­jąc gęstą sieć powy­krę­ca­nych korzeni, niczym chude szpony wbi­ja­jące się łap­czy­wie w grzą­ską zie­mię. Wokół drzew można zoba­czyć też setki nie­wiel­kich „pachoł­ków” wyra­sta­ją­cych z ziemi. To korze­nie odde­chowe. Po sze­ściu godzi­nach słona woda sięga już gałęzi sun­dari. Zdaje się, że las tonie.

W lipcu ściana desz­czu łączy się z rzeką na krótką chwilę, roz­rze­dza­jąc lep­kie i parne powie­trze. W stycz­niu poranna mgła deli­kat­nie okrywa osa­mot­nione pola, nad­cho­dzą też wie­czorne chłody, łatwiej jest wypa­trzyć zwie­rzęta wycho­dzące z dżun­gli do wodo­poju.

Tylko woda i drzewa. Drzewa i woda. Gan­ges spływa tu aż z Hima­la­jów, zespa­la­jąc się z innymi świę­tymi rze­kami Indii. Po rezer­wa­cie można poru­szać się tylko łodzią. Scho­dze­nie na ląd jest zabro­nione ze względu na tygrysy i kro­ko­dyle, ale rów­nież, aby chro­nić deli­katną przy­rodę przed stopą czło­wieka. Z pozoru surowy i mono­tonny kra­jo­braz kryje w sobie jeden z naj­bo­gat­szych eko­sys­te­mów na kuli ziem­skiej. Wiele gatun­ków jest zagro­żo­nych, kilka już nie ist­nieje.

W Sun­dar­ba­nach cisza onie­śmiela, wręcz prze­raża. Szcze­gól­nie jeśli ktoś przy­je­chał tu z pobli­skiej metro­po­lii – nie­mal 15-milio­no­wej Kal­kuty.

How­rah. Naj­więk­sza sta­cja kole­jowa w Indiach, zbu­do­wana jesz­cze za Bry­tyj­czy­ków. Hałas, pokrzy­ki­wa­nia, uliczni sprze­dawcy, kulisi w czer­wo­nych uni­for­mach z wieżą toboł­ków na gło­wie. Garam chai, gorąca her­bata! – wykrzy­kuje piskli­wym gło­sem nasto­la­tek z wiel­kim, meta­lo­wym czaj­ni­kiem w ręku. Wrę­czam mu trzy rupie i dostaję mocną, słodką her­batę z mle­kiem, dopra­wioną świe­żym imbi­rem. To tzw. kul­har chai, poda­wany w małych, gli­nia­nych naczy­niach. Zda­niem praw­dzi­wego degu­sta­tora kul­har nadaje her­ba­cie nie­zwy­kły smak. Ale wypie­rają go pla­sti­kowe, jed­no­ra­zowe kubeczki, zaśmie­ca­jące indyj­skie ulice.

Z Kal­kuty to tylko 100 km, jed­nak podróż zabiera pół dnia. Z mia­sta pro­wa­dzi Basanti High­way, która z auto­stradą ma nie­wiele wspól­nego. Co chwila mijam a to spa­ce­ru­jące pobo­czem kozy, a to dziecko wybie­ga­jące nie­spo­dzie­wa­nie na ulicę. Łatwo tu o wypa­dek. Sprawca rzadko zatrzy­muje się, by pomóc ofie­rze. W oba­wie przed lin­czem, ze stra­chu przed poli­cją.

Samo­cho­dem można dotrzeć do ostat­niego punktu na sta­łym lądzie, God­khali – nie­wiel­kiej, acz tęt­nią­cej życiem przy­stani. Za rów­no­war­tość 6 gro­szy prze­do­staję się na drugą stronę rzeki. Podróż zabiera nie­cały kwa­drans; drew­niana, roz­bu­jana łódka bar­dziej przy­po­mina tra­twę napę­dzaną sil­ni­kiem samo­cho­do­wym. Może pomie­ścić nie­re­gu­la­mi­nowo nawet 60 osób. Cza­sem kilka moto­cy­kli i tuzin rowe­rów.  Już tutaj widać róż­nicę. Coraz mniej osób rozu­mie hindi; kobiety w sari i gru­bych oku­la­rach świer­go­czą w ben­gali, mishti bha­sha, „słod­kim języku”, fran­cusz­czyź­nie Indii, jak tu powia­dają. Cumu­jemy…


Fragment artykułu z Kontynentów 2/2017

KUP

BĄDŹ Z NAMI W KONTAKCIE