fbpx
GrzegorzKobiela

Rytuał

Ile ty masz wła­ści­wie lat?” – pomy­śla­łem, ale pierw­szego dnia nie ośmie­li­łem się zapy­tać. A prze­cież on był tu tylko od zaba­wia­nia – obtań­co­wy­wał białe turystki i roz­krę­cał imprezę na par­kie­cie w Casa de la Trova. For­dan­ser. Czu­łem jed­nak respekt. Jak wszy­scy. Bo to on tu rzą­dził. Decy­do­wał, kiedy koń­czy się słu­cha­nie, a zaczyna tań­cze­nie; kiedy się tylko patrzy, a kiedy już można się włą­czyć. On dyk­to­wał rytm i tempo. Jed­nym gestem, bez słów – jak kapłan. I był to wła­ściwy rytm i odpo­wied­nie tempo. Rytuał.

Do Casa de la Trova przy­cho­dzi­łem codzien­nie po zmroku. Żeby słu­chać salsy i patrzeć na muzy­ków. Żeby docze­kać tego magicz­nego momentu, gdy – po paru­na­stu minu­tach zestra­ja­nia się – muzyka i ludzie już współ­grają i współ­dr­gają. Gdy cała sala zgod­nie pul­so­wała, wtedy on pod­no­sił się z drew­nia­nego krze­sła pod ścianą. On, w tym swoim zawa­diacko na czoło zsu­nię­tym kape­lutku, w tych swo­ich bia­łych moka­sy­nach, szczu­pły, nie­wy­soki, gibki. Młody. Wycią­gał od nie­chce­nia rękę w stronę kobiet. Nie zda­rzyło się, by któ­raś odmó­wiła. Wsta­wały nie­śmiało, nie­pewne swych stro­jów, kro­ków, nie­zna­jące ryt­mów i świa­dome kry­tycz­nych spoj­rzeń zza sto­li­ków. Ale gdy on wyko­nał pierw­szy ruch, zaczy­nała się salsa. Krą­żył wokół kobiety, pod­kre­śla­jąc rytm krocz­kiem, ćwierć­o­bro­tem, mini­skło­nem. A przy tym zapla­tał i roz­pla­tał skom­pli­ko­wane układy cho­re­ogra­ficzne, nie wypusz­cza­jąc jej rąk. Patrzy­łem zadzi­wiony i nie­raz mia­łem pew­ność, że teraz jego i jej ręce muszą się już roz­dzie­lić. Nie roz­dzie­lały się. A on zręcz­nie wywi­jał się do kolej­nej figury, sta­wiał pew­nie kroki po sobie tylko zna­nych, taj­nych ścież­kach rytmu i syn­kopy. Do Casa de la Trova mia­łem nie­da­leko i lubi­łem ten spa­cer. Wprost z pokoju wycho­dzi­łem na wąskie patio, któ­rego kar­mi­nową ścianę zdo­biły róż­no­ko­lo­rowe por­trety Che Guevary w sty­li­styce Mari­lyn Mon­roe War­hola. Zamy­ka­łem na klucz sta­lową bramkę i wprost z ciem­nego zaułka wpa­da­łem w cie­płe, żółte świa­tło ulicy. Wzdłuż sta­rych, niskich domów sze­dłem po błysz­czą­cych kocich łbach, które tu, w Tri­ni­da­dzie, leżą od stu­leci; stą­pa­łem uważ­nie, by nie wdep­nąć w wielką, nie­ogry­zioną kość rzu­coną nie dla psów, ale dla magii przez Yoirysa Manu­ela, który roz­ma­wia ze zmar­łymi. Skrę­ca­łem w prawo, mija­jąc oka­zal­sze już domy – ponoć po pira­tach. W tym z pra­wej sto­ło­wa­łem się u cudow­nie gościn­nej Tani, żony barona Neme­sia – potomka Indian Tainów, sza­no­wa­nego oby­wa­tela i cza­row­nika, a jesz­cze nie­dawno dyrek­tora miej­sco­wego pege­eru. Na pla­cyku za kościo­łem gita­rzy­ści kato­wali guan­ta­na­merę. Mija­łem ich szybko, bo cel już był bli­sko. Jesz­cze tylko prze­sławne, ale dla mnie zbyt hała­śliwe, dys­ko­te­kowe schody Casa de la Musica i już – po pra­wej witał skromny napis Casa de la Trova. Mój codzienny rytuał.

Ostat­niego wie­czoru upał był nie do znie­sie­nia, zano­siło się na burzę, ale nie odpu­ści­łem – posze­dłem poże­gnać się z Tri­ni­da­dem, z Kubą i z nim. Sie­dział przed wej­ściem, w mroku. Kiw­nął głową, poznał mnie, wszak bywa­łem tu codzien­nie. Pod­sze­dłem. „Ile ty masz wła­ści­wie lat?” – pomy­śla­łem, ale nie ośmie­li­łem się zapy­tać. – Dario – przed­sta­wi­łem mu się. Mruk­nął coś pod nosem. – Słu­cham? – dopy­ta­łem. – Pedro – powtó­rzył. I podał mi rękę. Starą, pomarsz­czoną.

Rytu­ały. Powsze­dnie-odświętne. Tajne-publiczne. Intymne-zbio­rowe. Zapo­mniane-nagła­śniane. Natu­ralne-wydu­mane. Odpra­wiane-wykli­nane. Straszne-śmieszne. W mie­ście uchodź­ców w Kenii. W masze­ro­wa­niu tysią­cami kilo­me­trów przez Nową Zelan­dię i Nor­we­gię. W Afga­ni­sta­nie i Paki­sta­nie. Maroku. Gwa­te­mali i Mek­syku. Na Ukra­inie. Na Kubie – gdzieś mię­dzy Hawaną a Tri­ni­da­dem. A może nawet i w Pol­sce. Zapra­szam do naszego rytu­ału pozna­wa­nia.

redak­tor naczelny, Dariusz Fedor


Zamów prenumeratę


Wycieczki oso­bi­ste
Jerzy Bral­czyk, Mniej wię­cej
Joanna Wasi­lew­ska, Hong­kong. Mia­sto, które się mate­ria­li­zuje
Piotr Milew­ski, Gale­ria Tre­tia­kow­ska. Zapa­mię­ta­łem tylko por­trety

Roz­mowa Kon­ty­nen­tów
Buufis. Trze­cie poko­le­nie. Z Benem Rawlence’em roz­ma­wia Agata Kaspro­le­wicz

Droga
Agnieszka Dzia­dek, Te Ara­roa. Naj­dłuż­szy szlak Nowej Zelan­dii

Afryka
Mate­usz Mar­czew­ski, Anna Hatłas, Maroko. Dwie noce, jeden dzień

Azja
Maria Różań­ska, Widziane z Afga­ni­stanu
Grze­gorz Kobiela, Paki­stan. Ostatni wojow­nicy kuśti

Europa
Anna Arno, Wło­chy. Mia­sta pomniej­sze
Paweł Drozd, Fin­lan­dia. Reni­fer, ja, pery­fe­ria
Kata­rzyna Nizin­kie­wicz, Nor­we­gia. Lofoty bez­ludne
Adam Robiń­ski, Ukra­ina. W stronę Libu­chory

Dobra książka
Andrzej Sta­siuk, Prze­wóz
Ola Syno­wiec, Mek­syk. Cza­row­nicy z Cate­maco
Tomasz Pin­del, Pola­ków laty­no­ame­ry­kań­skie przy­gody

Gale­ria
Leon Barsz­czew­ski, Czarno-biały kolo­ryt. Foto­gra­fie z Azji Środ­ko­wej

W Pol­skę
Piotr Mal­czew­ski, Mój dom w Budzie Ruskiej
Elż­bieta Dzi­kow­ska, Tro­pem Cho­pina
Krzysz­tof Story, Cicha 3/1. Tacy Polacy

Ame­ryka
Anita Demia­no­wicz, Gwa­te­mala. Jeden kogut musi paść
Zie­mo­wit Szcze­rek, Nowy Orlean. Rok przed Katriną
Adam Kwa­śny, Kuba. Ene­ida

BĄDŹ Z NAMI W KONTAKCIE