fbpx
Kontynenty

Adam Robiń­ski

Biesz­czady. Poło­niny chcia­łem mieć za ple­cami, w powa­ża­niu. Nie widzieć tłu­mów, alfa­betu reje­stra­cji samo­cho­do­wych. To dziwne – jedziesz w góry, żeby łazić po pła­skim, ale tak wła­śnie wola­łem. W Stu­po­sia­nach skrę­cić na Muczne, minąć wspo­mnianą Tar­nawę Niżną ze sta­nicą koni hucul­skich, a potem, mając po lewej słupki gra­niczne, doto­czyć się do par­kingu w nie­ist­nie­ją­cej już wsi Buko­wiec. I dalej w las, u stóp Kiczery Beniow­skiej, Szczołbu, Czy­stego Wier­chu i tak dalej, i tak dalej…

Adam Kwa­śny

Kuba. Ene­ida szu­kała pomocy dla matki u miej­sco­wego sza­mana Yoirysa Manu­ela.
– Niech twoja matka przyj­dzie do mnie – powie­dział cza­row­nik. – Ale jak ma przyjść, skoro nigdzie nie wycho­dzi? W końcu Yoirys poja­wił się u nich z żół­wiem w worku. Chciał wejść do Car­min, ale go nie wpu­ściła. Odpra­wił więc cere­mo­nię pod drzwiami. Usta­wił figurę domo­wego boga Ele­guá, butelkę z rumem, drugą z mio­dem, trze­cią z napo­jem cza­row­ni­ków nazy­wa­nym chimba. Popeye wzdry­gnął się, kiedy pową­chał butelkę, bo chimba to był rum z ostrymi papry­kami, czosn­kiem i cierp­kimi zio­łami, który fer­men­to­wał zako­pany w ziemi dwa­dzie­ścia jeden dni. Tym­cza­sem Yoirys zapa­lił świeczkę i rzu­cał cha­ma­lon­gos, sko­rup­kami kokosa, które pozwa­lają usły­szeć umar­łych. Wzy­wał ori­chas, afry­kań­skich bogów, kar­mił ich krwią żół­wia i śpie­wał. Czy zmarli przy­szli?

Agnieszka Dzia­dek

Nowa Zelan­dia. Tę podróż pla­no­wa­łam od momentu, w któ­rym dowie­dzia­łam się o ist­nie­niu Te Ara­roa – nowego dłu­go­dy­stan­so­wego szlaku. Nomi­nal­nie to 3008 km, real­nie – ok. 3300 km. Pierw­szy tak długi dystans w moim życiu. Pierw­sze pol­skie przej­ście Te Ara­roa. Wzię­łam lekki ple­cak, namiot roz­sta­wiany na kijku trek­kin­go­wym, puchowy śpi­wór, filtr do wody, pal­nik, scy­zo­ryk, czo­łówkę, kurtkę od desz­czu, buty bie­gowe. I poszłam.

Anita Demia­no­wicz

Gwa­te­mala. Stają naprze­ciwko sie­bie, wzno­szą koguty ku niebu i na sygnał wyska­kują ku sobie z pta­kami w wycią­gnię­tych rękach. Koguty tylko przez chwilę są spo­kojne. Nagle sta­wiają koł­nierz z piór, a wtedy pano­wie rzu­cają je na zie­mię i zaczyna się jatka. Bez­gło­śna. Sły­chać tylko trze­pot skrzy­deł. Jeżeli w ciągu 15 minut, bo tyle trwa walka, żaden kogut nie ude­rzy dzio­bem w zie­mię lub nie pad­nie mar­twy, będzie remis. Ale nie o remis tutaj cho­dzi.

Paweł Drozd

Lapo­nia. A mówili, że tak będzie. I mieli rację. Przy pręd­ko­ści nieco poni­żej setki, niczym w kiep­skim fil­mie grozy zoba­czy­łem nagle wyła­nia­jące się w świe­tle reflek­to­rów brą­zowe ciel­sko. Jego tylna część zaj­mo­wała pas lewy, a przed­nia bez­pru­de­ryj­nie wzbo­ga­cała pas prawy. Stał. Środ­kowa linia jezdni prze­ci­nała go dokład­nie na pół, a do masyw­nej głowy natura docze­piła oka­załe poroże. W Lapo­nii, gdzieś daleko na pół­noc, za kołem pod­bie­gu­no­wym, jakieś 150 kg żywej wagi patrzyło teraz na mnie wzro­kiem zdra­dza­ją­cym bez­myślny spo­kój.

 


Premiera w czerwcu 2018


 

BĄDŹ Z NAMI W KONTAKCIE