13.06.2017

Szamani na sprzedaż

Tekst i zdję­cia: Dorota Choj­now­ska

Nic nie ma takiego brania, jak usługi turystyczne opatrzone etykietką „ancient Mayas”…

Jezioro Ati­tlán w Gwa­te­mali mil­czy jak grób, w któ­rym pogrze­bano na wieki nie­jedną tajem­nicę. Wul­kany wia­nusz­kiem ota­czają jego brzegi. W ich cie­niu Majo­wie wciąż palą kolo­rowe świece – wcale nie dla chrze­ści­jań­skich świę­tych, wciąż skła­dają ofiary – wcale nie na chrze­ści­jań­skich ołta­rzach. Szu­kam tego świata, pły­nąc moto­rówką z przy­stani w Pana­ja­chel do kolej­nych mia­ste­czek – San Juan, San Pedro, Santa Cata­lina…

Oświeceni

– San Mar­cos! – wykrzy­kuje ster­nik, wpły­wa­jąc do kolej­nej zatoki. Do wyj­ścia szy­kuje się spora mię­dzy­na­ro­dowa gro­madka. Jedni z barw­nymi toreb­kami, opa­skami w etniczne wzory, swe­trami z wełny peru­wiań­skiej – to tury­ści.

Za nimi drob­nymi kro­kami, bo skrę­po­wa­nymi tejido – czymś w rodzaju spód­nicy  – wycho­dzą Indianki z koszami domo­wej roboty wege­ta­riań­skich tama­les.

– Nie mów, że ty też tu wysia­dasz! – śmieje się mój sąsiad z ławki. – To jest naj­bar­dziej oświe­cone miej­sce w Gwa­te­mali. Nie ma trzech minut, żeby nie usły­szeć kogoś, kto wła­śnie doświad­czył ducho­wej ilu­mi­na­cji.

Coś w tym jest. W San Mar­cos zagu­biony duchowo Euro­pej­czyk znaj­dzie wszystko, co mogłoby oświe­cić jego duchową drogę. Spa­ce­ru­jąc ulicz­kami, co krok mijam naj­róż­niej­sze ośrodki holi­styczno-medy­ta­cyj­nej odnowy ducho­wej. W jed­nej wszyst­kie zabu­do­wa­nia mają kształt egip­skich pira­mid, w innych prze­wa­żają ele­menty bud­dyj­skie albo hin­du­istyczne. Jeśli to jesz­cze klienta nie prze­kona, czeka na niego praw­dziwa bomba bez­li­to­snego świa­tła w postaci „praw­dzi­wego sza­mana”, który na zamó­wie­nie odprawi „ancient Mayas ritu­als”. Sza­man będzie wyglą­dał tak, jak trzeba. Czyli tak jak klienci chcie­liby go po powro­cie do domu poka­zy­wać na zdję­ciu – w hafto­wa­nej koszuli, krót­kich spodniach i z opa­ską na czole. Rytu­ały też będą speł­niały wszyst­kie normy etyczno-tury­styczne. Żad­nemu kogu­towi nie ukręci się łba, jak pod­czas rytu­ałów odpra­wia­nych na potrzeby współ­cze­snych Indian, ani nikt nikomu nie wyrwie serca, jak to robili sta­ro­żytni Majo­wie. Nie ma potrzeby.

Szaman do wynajęcia

Prze­wa­ża­jąca więk­szość przy­jezd­nych nie zna języka hisz­pań­skiego, podob­nie jak spora część sza­ma­nów. Dla­tego na rynku „ducho­wych usług” zna­leźli swoje miej­sce rów­nież anglo­ję­zyczni biali. Rosita już ponad 20 lat mieszka w Belize. Od samego początku sprzy­jało jej szczę­ście…


Fragment artykułu z Kontynentów 2/2017

KUP

BĄDŹ Z NAMI W KONTAKCIE