Bosnia 1
26.08.2017

Rozmowa “Kontynentów” – Bo nam smakuje Bośnia!

Beata i Paweł Pomy­kal­scy opo­wia­dają o swo­jej fascy­na­cji Bał­ka­nami i o pasji podró­żo­wa­nia.

 

- Nasi sarajewscy przyjaciele pouczają, że jak już coś robić – zwłaszcza w Bośni – to na spokojnie i porządnie: powoli zjedzony obiad, potem niespiesznie wypita kawa, a wieczorem wielogodzinna nasiadówka ze znajomymi i palenie sziszy. Ale to nie dla nas. My gnamy!

O swojej fascynacji Bałkanami, o pasji podróżowania opowiadają Beata i Paweł Pomykalscy, autorzy tekstu „Tylko ćevapčići nie dzielą” w „Kontynentach” 2/2017

okladka 2
 

Dla­czego cią­gle jeź­dzi­cie do Bośni?

- Bo w Bośni jest wszystko. Więk­szość pro­ce­sów histo­rycz­nych czy kul­tu­ro­wych, które roze­grały się w Euro­pie, miały swoje odzwier­cie­dle­nie w Jugo­sła­wii. Bośnia zaś jest taką Jugo­sła­wią w minia­turce. Poza tym ten nie­wielki kraj ma do poka­za­nia nie tylko prze­bo­gate dzie­dzic­two kul­tu­rowe, ale także przy­rodę. Wspa­niałe góry i rzeki, które stwa­rzają różne moż­li­wo­ści aktyw­nego, cza­sem eks­tre­mal­nego wypo­czynku.

Bośnia zachwy­ciła nas od pierw­szego wej­rze­nia. To było ponad 10 lat temu. Minęła wtedy zale­d­wie dekada od końca wojny, w gło­wie wciąż mie­li­śmy straszne zapa­mię­tane z dzie­ciń­stwa obrazy tele­wi­zyj­nych rela­cji: Sara­jewo, Gora­žde, Sre­bre­nica.  Takie mniej wię­cej mie­li­śmy wyobra­że­nie o Bośni w wieku 20 lat. Ale pew­nego dnia, pod­czas waka­cji w oko­li­cach chor­wac­kiego Splitu, tro­chę znu­dzeni tym śród­ziem­no­mo­rzem posta­no­wi­li­śmy prze­żyć jakąś przy­godę. Bośniacka gra­nica bli­sko, czemu więc nie poje­chać do Mostaru? Tak na jeden dzień. Dosłow­nie wyściu­bić nos z tego bez­piecz­nego świata, rozej­rzeć się tylko tro­chę, zoba­czyć jak TAM jest i szyb­ciutko wró­cić.

Bosnia 4

Wyje­cha­li­śmy bla­dym świ­tem, czu­jąc się, jak­by­śmy zmie­rzali na wojenny front. Tym­cza­sem na gra­nicy nawet nie zaj­rzeli nam do pasz­por­tów, droga było świeżo wyre­mon­to­wana, nie­złej jako­ści, domy co prawda nie­wiel­kie, ale w dobrym sta­nie. To nas tro­chę uspo­ko­iło. I wresz­cie dodar­li­śmy do Mostaru. Nie będzie prze­sadą, jeśli powiemy, że ten jeden moment w zasa­dzie „usta­wił” nam zawo­dowe życie. Mia­sto total­nie nas zachwy­ciło i ocza­ro­wało. Nigdy wcze­śniej nie mie­li­śmy kon­taktu z isla­mem i to Mostar powoli nas wpro­wa­dził w tę kul­turę. Czymś abso­lut­nie nie­wy­obra­żal­nym było dla nas prze­nie­sie­nie się z chor­wac­kiego, a więc umow­nie „wło­sko-zachod­niego” świata, do miej­sca, w któ­rym naprawdę czuć już powiew orientu, pod­krę­cony – jakby na zamó­wie­nie – przez muez­zina „na żywo” wzy­wa­ją­cego z mina­retu na modli­twę.

Bosnia 1

Jed­nak Mostar z tam­tego okresu to zupeł­nie inne mia­sto niż dziś. Wtedy jesz­cze nie było tury­stów, stra­ga­nów z pamiąt­kami, kawia­re­nek i knaj­pek ser­wu­ją­cych tra­dy­cyjną bośniacką kawę i jedze­nie. Znacz­nie wię­cej widać było znisz­czeń wojen­nych. Dziś latem sta­rówkę ogląda się, wła­ści­wie idąc w kawal­ka­dzie tury­stów. Nam to oczy­wi­ście nie­zbyt pasuje, ale miej­sco­wym przy­nosi tak potrzebne w tym pań­stwie pie­nią­dze, więc akcep­tu­jemy taki stan rze­czy. Jeśli dziś mamy potrzebę pobyć w Bośni jesz­cze nie odkry­tej przez tury­stów, to jedziemy do któ­re­goś z dwóch mniej zna­nych miast w cen­trum kraju: Tra­vnika lub Jajce.

Bosnia 3

W każ­dym razie przez te kilka godzin pierw­szego pobytu Mostar zro­bił na nas tak ogromne wra­że­nie, że zde­cy­do­wa­li­śmy się nie wra­cać do Splitu, ale … poje­cha­li­śmy dalej na wschód, do Sara­jewa. I tam wsiąk­nę­li­śmy już na dobre! Tro­chę wyświech­tany, ale jakże praw­dziwy, mit mia­sta tole­ran­cyj­nego, wie­lo­kul­tu­ro­wego, wie­lo­re­li­gij­nego, gdzie wszy­scy nie­za­leż­nie od poglą­dów mogą żyć obok sie­bie. Nie­stety, na moment pewna grupa ludzi uznała, że tak się nie da i na początku lat 90. roz­pę­tała pie­kło na ziemi. Tro­chę się oba­wiamy, że zarówno Sara­jewo jak i w zasa­dzie cała Europa znów wkro­czyła na bar­dzo nie­bez­pieczną drogę i póki co, nie zdaje sobie sprawy z moż­li­wych kon­se­kwen­cji.

 

Jak czę­sto tam jeź­dzi­cie?

(Beata) – Ja sta­ram się tam być codzien­nie. Na bie­żąco śle­dzę, co się dzieje w kul­tu­rze, poli­tyce czy gospo­darce. Słu­cham muzyki, oglą­dam filmy, prze­glą­dam bośniac­kie por­tale. A tak real­nie to bywamy tak czę­sto, jak się da. Jeste­śmy auto­rami prze­wod­nika po Bośni i on nie może żyć swoim życiem. Co jakiś czas wymaga odświe­że­nia i aktu­ali­za­cji, więc jeź­dzimy uzu­peł­nić mate­riały. Podob­nie ma się sprawa z naszymi prze­wod­ni­kami po Ser­bii i Chor­wa­cji. Pod­czas każ­dego wyjazdu na Bał­kany sta­ramy się choć na chwilę zaj­rzeć do Bośni. Teraz znów w związku z dość dużym pro­jek­tem przy­go­to­wu­jemy się do dłuż­szego i bar­dzo inten­syw­nego pobytu w Sara­je­wie.

Wasze ulu­bione miej­sce?

- Tych miejsc w Bośni jest bar­dzo dużo. Na pierw­szym miej­scu Sara­jewo, które zawsze wygra wszyst­kie ran­kingi. Naj­chęt­niej widziane z góry, np. z Żół­tego Bastionu albo z cmen­ta­rza żydow­skiego, zresztą jed­nego z pięk­niej­szych w Euro­pie. Widok nie­po­rów­ny­walny z niczym innym – można czy­tać z mia­sta jak z otwar­tej księgi. Poza tym bar­dzo lubimy wspo­mniany już Tra­vnik – to takie Sara­jewo w minia­tu­rze, tyle że pozba­wione tury­stów i wiel­ko­miej­skiego zgiełku. I oczy­wi­ście Tre­binje. Tutaj to już nie zagląda kom­plet­nie nikt. A naprawdę warto! Niby nie ma jakichś wybit­nie war­to­ścio­wych zabyt­ków, ale kli­mat mia­steczka, szcze­gól­nie na wysa­dza­nym pla­ta­nami prze­pięk­nym głów­nym placu, jest nie­sa­mo­wity.

W jaki spo­sób podró­żu­je­cie?

- Nie­stety, chyba za szybko. Wciąż gnamy. Chcemy być wszę­dzie i zoba­czyć wszystko. Slow life jest nam póki co obce. Nawet bar­dzo obce. Tak więc jeste­śmy w biegu od świtu do zmierz­chu, bo zawsze robimy jesz­cze wie­czorne zdję­cia. Choć sara­jew­scy przy­ja­ciele pouczają, że jak już coś robić – zwłasz­cza w Bośni – to na spo­koj­nie  i porząd­nie: powoli zje­dzony obiad, potem nie­spiesz­nie wypita kawa, a wie­czo­rem wie­lo­go­dzinna nasia­dówka ze zna­jo­mymi i pale­nie szi­szy. No cóż, wycho­dzi nam to śred­nio. Może kie­dyś, kiedy podróże nie będą naszą pracą, ale zaczniemy jeź­dzić wypo­czyn­kowo, czyli po pro­stu „waka­cyj­nie”. Choć prawdę mówiąc, uwiel­biamy naszą pracę i mamy nadzieję, że ener­gii wystar­czy nam jesz­cze na dłu­gie lata.

Bosnia 5

Co szcze­gól­nie pole­ca­cie?

- Tym, któ­rzy nie wie­rzą w moż­li­wość współ­ist­nie­nia wielu kul­tur w jed­nym miej­scu, pole­camy wizytę w Sara­je­wie. Tutaj naprawdę na prze­strzeni kil­ku­set metrów można tra­fić do syna­gogi (zarówno asz­ke­na­zyj­skiej jak i sefar­dyj­skiej – ale to już zupeł­nie inna opo­wieść), meczetu, świą­tyni pra­wo­sław­nej, a nawet kato­lic­kiej. W domu zostawmy obawy, uprze­dze­nia i ste­reo­typy. Wystar­czy poko­nać strach, tym bar­dziej, że lękiem jeste­śmy ostat­nio wręcz bom­bar­do­wani. „Inny”, nie zna­czy zły czy gor­szy. To taka oczy­wi­stość, a nie­stety trzeba o tym znów przy­po­mi­nać. Poza tym chyba warto posma­ko­wać Bośni. Wypić tra­dy­cyjną kawę zapa­rzoną i podaną w spe­cjal­nie do tego prze­zna­czo­nym tygielku, czyli dže­zvie (naj­lep­szą ser­wują w malut­kiej kawiarni tuż przy mecze­cie Gazi Husrev-bega), zjeść burka i w gorący dzień popić go orzeź­wia­ją­cym ajra­nem. A w zimny dzień – bo do Bośni można poje­chać też zimą np. na narty – słodki i roz­grze­wa­jący salep, czyli napar ze sprosz­ko­wa­nych bulw stor­czyka męskiego zala­nych mle­kiem.

Bosnia 6 k

BEATA i PAWEŁ POMYKALSCY KRÓTKOSOBIE 

Jeste­śmy part­ne­rami w życiu i pracy. Napi­sa­li­śmy kilka prze­wod­ni­ków, w tym pierw­szy w Pol­sce po Bośni i Her­ce­go­wi­nie. Wyzna­jemy teo­rię, że miej­sca mogą mówić tyle samo, co ludzie. Ale chyba jeste­śmy w tym odosob­nieni.

BĄDŹ Z NAMI W KONTAKCIE