08.10.2017

Rastigaisa

Tekst i zdję­cia: Kata­rzyna Nizin­kie­wicz

Wędro­wa­li­śmy wśród wyrzeź­bio­nych przez wichury zasp, wywia­nych skał, po zamar­z­nię­tych jezio­rach, zasy­pa­nych śla­dach. A Święta Góra Samów to maja­czyła w tuma­nie, to obja­wiała się nam w całej kra­sie, naga.

Tej nocy, kiedy dotar­li­śmy do Utsjoki, spło­nęła infor­ma­cja tury­styczna. Punk­tu­al­nie o dzie­wią­tej rano sta­nę­łam w tym samym miej­scu, gdzie wie­czo­rem zasta­łam odręcz­nie napi­saną kartkę „pro­szę tu nie biwa­ko­wać” i zgłu­pia­łam. W środku śnież­nego pola (rów­nie bia­łego, jak cały ota­cza­jący mnie świat) ster­czała rura – pew­nie resztka pie­cyka. Śnieg wokół był nie­wy­to­piony, nie­okop­cony nawet, może świeży… Byłam roz­cza­ro­wana. Zdez­o­rien­to­wana.

Liczy­łam na tę infor­ma­cję. Mia­łam mnó­stwo pytań. Za Utsjoki wcho­dzi­li­śmy prze­cież w nie­znany teren. Bez zna­ko­wa­nych szla­ków, bez schro­nisk. Nie mie­li­śmy nawet dokład­nych map.

– Idź­cie cztery kilo­me­try na połu­dnie, nad jezio­rem tra­fi­cie na sku­te­rowy ślad – powie­dział lekko zakło­po­tany męż­czy­zna, który wie­czo­rem na szo­sie znie­nacka zaofe­ro­wał nam noc­leg, potem (przy­pad­kiem?) spo­tkał nas w skle­pie i zni­żył cenę tak, że namiot prze­stał nas kusić. Pomógł nam, wyspa­li­śmy się bar­dzo wygod­nie, po pro­stu wie­dział wię­cej niż my. Teraz był tu, w Utsjoki, na tym śnież­nym pogo­rze­li­sku. Roz­ma­wiał z poli­cjan­tem, śmiał się. A w jego spoj­rze­niu, w uśmieszku poja­wiało się coś, czego nie chcia­łam rozu­mieć. Chy­trość to byłoby zbyt pro­ste słowo.

Dwa dni póź­niej podob­nie spoj­rzał na nas roso­mak. Nie bojąc się, nie­spiesz­nie zbiegł w dolinę Tany i znikł. Prze­kro­czy­li­śmy rzekę tro­chę dalej, po śla­dzie jakie­goś sku­tera. Lód był w tym roku cienki, poprze­ry­wany pasmami wody. Jedyna ścieżka, którą zna­leź­li­śmy na mapach, pro­wa­dziła stam­tąd pod Rasti­ga­isa. Święta góra Samów wyda­wała się nie­po­zorna, cho­ciaż wzno­siła się o 500 metrów ponad inne wzgó­rza. Nie chcie­li­śmy wcale na nią wcho­dzić, nie­po­koić jej czy zdo­by­wać. Wyko­rzy­sta­li­śmy tylko ścieżkę, żeby przejść przez brzo­zowe laski. Powinna była wypro­wa­dzić nas na pła­sko­wyż, gdzie, jak sądzi­li­śmy, można iść, gdzie się tylko chce.

Pierw­szy dzień był bar­dzo zwy­czajny. Zabi­wa­ko­wa­li­śmy w osło­nię­tym miej­scu, wśród drzew. Ranek też był spo­kojny, padał śnieg. Wyżej wiało. Na Rasti­ga­isa sie­działa lodowa chmura, wędro­wa­li­śmy wśród wyrzeź­bio­nych przez wichury zasp, wywia­nych skał.


Fragment artykułu z Kontynentów 3/2017

KUP

BĄDŹ Z NAMI W KONTAKCIE