Tomasz Fedor
10.11.2017

Psychopompos. Nosiciel dusz

Tekst opu­bli­ko­wany pier­wot­nie w „Kon­ty­nen­tach” nr 3 z 2014 roku, rok póź­niej „roz­rósł się” w książkę „Droga 816”, nomi­no­waną – mię­dzy innymi – do Nagrody im. Ryszarda Kapu­ściń­skiego za repor­taż lite­racki

Nie zna­la­złem żad­nego racjo­nal­nego powodu, by pła­cić za noc­leg tak suto. Wie­czorne Sie­mia­ty­cze ofe­ro­wały wiele zauł­ków i nisz, w któ­rych można było spę­dzić lip­cową noc bez­płat­nie. Pil­nie stu­dio­wa­łem topo­gra­fię mia­sta w poszu­ki­wa­niu przy­tul­nego miej­sca, tro­chę jak gąsie­nica motyla przed prze­po­czwa­rze­niem, a tro­chę jak chrząszcz ze świa­tło­wstrę­tem

Ławki nad zale­wem wydały się wyborne, ale trwał tam seans filmu „For­rest Gump” i brzeg oble­gali widzo­wie. Naprze­ciw pobli­skiej restau­ra­cji stały trzy sze­regi samo­cho­dów, więk­szość na bel­gij­skich nume­rach. Chłopcy w mod­nych ciu­chach toko­wali przed doj­rza­łymi dziew­czę­tami, nie­któ­rzy gar­dło­wali w męskich grup­kach. Tak, wszy­scy przy­po­mi­nali stado pstrych pta­ków na toko­wi­sku. Naj­wy­bit­niejsi z sam­ców mieli być dopusz­czeni do tajem­nicy życia w dziu­plach samo­cho­dów bądź zaci­szu oko­licz­nych miesz­kań. Z ciem­nych okien jed­nego, nie­opo­dal toko­wi­ska, dobie­gały dzi­kawe jęki nie­kon­tro­lo­wa­nego zachwytu. Przy­po­mi­nały klan­gor żurawi i świad­czyły o tym, że się nie myli­łem.

Zatem potrzebne było miej­sce do meta­mor­fozy. Przy­stanki na dworcu PKS miały dach i trzy ścianki, ale ilu­mi­no­wało je ostre świa­tło. Park przy placu Jana Pawła II wydał się rów­nie widny, a do tego zajęty już przez dwie pary żąd­nych swych ciał sie­mia­ty­czan. Jasno było też pod klasz­to­rem, a na domiar złego ani jed­nej ławeczki. Mrok zna­la­złem dopiero wśród drzew przy Nad­bu­żań­skiej Szkole Wyż­szej. Ległem na ławce, jak tysiące moich poprzed­ni­ków, z ple­ca­kiem pod głową. Grzbiet książki „O ruchu zwie­rząt. O poru­sza­niu się prze­strzen­nym zwie­rząt” Ary­sto­te­lesa uwie­rał w ucho. Filo­zof twier­dził, że ruch bez duszy jest nie­moż­liwy. A bez­ruch? Świa­tło latarki uka­zało skromne the­atrum insec­to­rum roz­gry­wa­jące się tuż pod ławką. Jakiś kosarz, bli­ski pają­kom hul­taj na dłu­ga­śnych nogach, pognał za kimś w ciem­ność. Chwilę póź­niej na scenę wyszedł stam­tąd zagu­biony sko­rek. Jasność zwa­biła też nie­wielką ciemkę, nazwy któ­rej pew­nie nie poznam nigdy. Sto­nóg piw­niczny zaszył się mię­dzy pły­tami chod­nika, jakby miał zamiar zostać tu na noc. W róż­nych kul­tu­rach świata ptaki bywały nosi­cie­lami cudzych dusz, psy­cho­pom­pos, ale czy gdzie­kol­wiek były nimi owady?

Kiedy wsze­dłem dziś do Sie­mia­tycz, słońce już zacho­dziło. Nie mia­łem apa­ratu foto­gra­ficz­nego, patrzy­łem więc uważ­nie i powoli. Nie, nie, to nie była jakaś bud­dyj­ska uważ­ność, żad­nego zen, zwy­kła pol­ska, wschod­nia uważ­ność, przez samo „ż”, o któ­rej wie­dział i pisał już Miko­łaj Rej. Zatem byłem uważny jak Miko­łaj Rej.

Na klo­nie dostrze­głem dzię­ciołka, Den­dro­co­pus minor, naj­mniej­szego dzię­cioła tej czę­ści świata, wła­śnie w Sie­mia­ty­czach, przy ulicy Armii Czer­wo­nej. Dzię­cio­łek jest podob­nie ubar­wiony jak dwa więk­sze od niego dzię­cioły: duży i średni, toteż wygląda tro­chę jak ich dziecko, nie­do­ro­śnięty dzię­cioli smar­kacz. Tak mały, że aż nie­re­alny. Patrzy­łem długo i uważ­nie, bo nie było tego apa­ratu.

Potem dwa muro­wane słupki i krzyż w koro­nie drzewa. Słupki wywo­łały obraz bramy wjaz­do­wej do cze­goś, czego już nie było. Wio­dły do pustej prze­strzeni obszer­nego placu. Dwa zwy­kłe słupki, ale zwa­biły mnie nie­co­dzienne roz­miary cegły, jaką można było dostrzec pod lisza­jem tynku. Miała, zupeł­nie jak budu­lec z cza­sów zabo­rów, sie­dem cen­ty­me­trów gru­bo­ści. To mogło ozna­czać, że stał tu nie­gdyś budy­nek dworu, może nawet pol­skiego. Domnie­many dwór obu­dził ciąg sko­ja­rzeń: Pan Tade­usz, Rodzie­wi­czówna, pol­skość, 17 wrze­śnia, czyli znowu Kresy. Na połu­dniu gra­nicą Kre­sów jest Bug, który dzie­sięć kilo­me­trów stąd skręca sobie na zachód, a co tu jest gra­nicą Kre­sów, skoro nie ma Bugu?

Dalej ulicą Armii Czer­wo­nej do miej­sca, w któ­rym leżał mar­twy kul­czyk, Seri­nus seri­nus. Obok gniła pusta drew­niana cha­łupa. Póki nie upa­dła, ludzie wyko­rzy­sty­wali połać jej ścian na ogło­sze­nia i obwiesz­cze­nia, a wnę­trze na śmieci. Pla­katy wybor­cze, zapro­sze­nia pisane ręcz­nie i coś z sane­pidu. Cha­łupa ocie­kała infor­ma­cją, tre­ścią już zdez­ak­tu­ali­zo­waną. Wyglą­dało na to, że bra­kuje ludziom miej­sca do pisa­nia, że chcą zapi­sać cały świat.

Kul­czyk, Seri­nus seri­nus, był młody, musiał ude­rzyć w niego pędzący samo­chód.

Nie mogłem oprzeć się potrze­bie odna­le­zie­nia cen­trum. Miej­sca, skąd można jako tako przed­sta­wić sobie topo­gra­fię mia­steczka, mieć wra­że­nie pano­wa­nia nad oko­licą. To przy­jemne uczu­cie, pokrewne temu, któ­rego doświad­cza się przy stu­dio­wa­niu mapy. Zakłada pewną wszech­obec­ność. Poza tym zna­le­zie­nie cen­trum daje uczu­cie wyraź­nego końca podróży. Dla­tego trzeba było iść na pół­noc ulicą Armii Czer­wo­nej, która nagle oka­zała się ulicą 11 Listo­pada. Tak nazy­wała się główna arte­ria mia­sta, bez wąt­pie­nia, ale jed­no­cze­śnie mia­sto leżało gdzieś indziej. Sły­chać je było z daleka, z doliny rzeczki Kamionki, co to sobie pły­nęła na połu­dnie, do Bugu. Na jej dru­gim wyso­kim brzegu dostrze­głem dwie nowe świą­ty­nie: cer­kiew i kościół. Były nie­zwy­kle wyso­kie i oka­załe, chyba nawet nie­skromne. Ich dąże­nie do utwo­rze­nia eks­tre­mum widoku przy­po­mi­nało zacho­wa­nie niż­szych stwo­rzeń bożych, choćby myszo­ło­wów. Myszo­łowy zwy­czajne nie­chęt­nie tole­rują inne ptaki, jeśli te pró­bują sia­dać na naj­wyż­szych drze­wach w ich rewi­rach lęgo­wych. Tak, w Sie­mia­ty­czach cho­dziło chyba o dwa rewiry. Świą­ty­nie jakby się prze­ści­gały, która wyżej, strze­li­ściej, która bli­żej Nieba. Która dalej od Ziemi. Dla­czego nikt nie buduje świą­tyń w doli­nach?

Nie wia­domo, gdzie jest cen­trum Sie­mia­tycz. Przy placu Jana Pawła, gdzie droga na Bia­ły­stok, może przed hote­lem Kre­so­wiak, może na skwe­rze manew­ro­wym PKS. Moż­liwe, że są dwa: w kościele i cer­kwi, a jesz­cze trze­cie, przed dys­ko­teką nad zale­wem. Naj­le­piej więc nosić coś takiego ze sobą. Cały czas, nawet z tym zasy­piać.

 

Obu­dzi­łem się z rado­ścią, że oto zaosz­czę­dzi­łem osiem­dzie­siąt zło­tych. Od nieba oddzie­lała tylko korona klonu. Zapi­sany frag­ment widoku gło­sił, że spa­łem w parku księż­nej Anny z Sapie­hów Jabło­now­skiej. Zało­żyła go jakoś przed roz­bio­rami Pol­ski. Zbu­do­wała też klasz­tor, boż­nicę, kir­chę ewan­ge­licką, szpi­tal, szkołę położ­ni­czą, no i pałac. Zbiory przy­rod­ni­cze przy­jeż­dżali oglą­dać Koł­łą­taj i Kra­sicki. Była też zapewne biblio­teka. Cie­kawe, kto ją spa­lił? Niemcy, Ruscy czy Szwe­dzi?

Spa­łem zatem w zacnym miej­scu. Choć to nie był spo­kojny sen. Ludzie trak­tują stare parki jak toa­lety. Pro­wa­dzą tam też nocne skryte roz­mowy, prze­ko­nani, że nikt ich nie sły­szy i nikomu nie prze­szka­dzają. Bywają wtedy zaska­ku­jąco wul­garni.

Śnia­da­nie wypa­dło na cmen­ta­rzu miej­skim. Pośród sta­rych przed­mio­tów, pomni­ków, nagrob­ków i krzyży. Mię­dzy sędzi­wymi foto­gra­fiami, rzad­kimi nazwi­skami i datami trud­nymi do wyobra­że­nia. Patrzeć trzeba było uważ­nie i powoli, bo nie mia­łem apa­ratu foto­gra­ficz­nego. Głód i nie­wy­spa­nie wyostrzały zmy­sły, sprzy­jały widze­niu. To nagro­ma­dze­nie pamięci, danych, imion i miejsc było nieco przy­tła­cza­jące. Wyra­żało sprze­ciw wobec zmiany i wszyst­kich pro­ce­sów, wobec zapo­mi­na­nia. Cmen­tarz jest szkołą pamię­ta­nia.

Krzyże pra­wo­sławne dzie­lił od krzyży kato­lic­kich kamienny murek. Jakby jedni i dru­dzy nie mogli spo­czy­wać razem. Z jakichś powo­dów nie chcieli bądź im nie pozwo­lono. Może krzyże, podob­nie jak nie­które rośliny, posia­dały zdol­ność szko­dli­wej alle­lo­pa­tii, przez którą nie mogły wyra­stać obok nich inne krzyże. Jedne i dru­gie tole­ro­wały sym­bole tylko tego samego gatunku. Opar­łem dłoń o kamie­nie, by prze­sko­czyć limes, i coś zabo­lało.

Na straży rósł kłu­jący oset, czujny jak pogra­nicz­nik.

W dolince pomię­dzy cer­kwią a kościo­łem, nad stru­mie­niem, modlił się po swo­jemu drozd śpie­wak. Z jed­nej strony dobie­gała litur­gia w staro-cer­kiewno-sło­wiań­skim, z dru­giej w staro-kościelno-pol­skim, a pośrodku ten drozd. Dźwięki mie­szały się, słowa i gwizdy sprzę­gały, powstała jakaś litur­giczna kako­fo­nia. Spi­ri­tus sanc­tus, gospodi pomi­łujTur­dus musi­cus. Hosanna, raduj­sia i inny Tur­dus, tym razem Tur­dus merula, kos. Wspa­niale, nie­po­wta­rzal­nie, aż chciało się wyspo­wia­dać i przy­jąć sakra­ment. Poranna Missa pagana: Glo­ria, Sanc­tus i Komu­nia.

Na dro­dze z Sie­mia­tycz do świę­tej góry Gra­barki jedna z lichych teo­rii o pocho­dze­niu ruskiego słowa baboczka – „motyl” nabrała cech prawdy. Otóż, według jej zało­żeń, słowo baboczka pocho­dzić mia­łoby od babuszka. Pra­sło­wia­nie wie­rzyli ponoć, że motyle to wcie­le­nia ich zmar­łych babć, takie kolo­rowe psy­cho­pom­pos. Babo­czek były tłumy, cią­gnęły na Gra­barkę. Rusałka pawik, rusałka ceik i rusałka admi­rał. Dostojka i kra­śnik. Kar­łą­tek leśny i czer­woń­czyk duka­cik. Bie­li­nek kapust­nik i cytry­nek. Na pobo­czu walało się skrzy­dełko Mala­nar­gii gala­thea. Nazwy latały nie­spo­koj­nie, jakby wiatr roz­dmu­chał notatki z ento­mo­lo­gii. Trzeba było patrzeć uważ­nie i powoli, by to wszystko prze­czy­tać i zapa­mię­tać.

Oglą­da­nie motyli różni się od oglą­da­nia pta­ków. Motyle, nie­stety, nie śpie­wają. Nie mają spoj­rzeń. Nie kręcą gło­wami. Ich ruch prze­strzenny w ogóle jest inny. Nie gubią piór, bo mają malut­kie łuski miast pie­rza. Nie zdra­dzają uczuć, na przy­kład stra­chu, ale wobec ich rado­ści trudno pozo­stać obo­jęt­nym. Ważne jest, że nie srają w locie, jak ma to w zwy­czaju wiele atrak­cyj­nych pta­ków, co prze­cież nieco psuje widok i czyni nasz zachwyt śmiesz­nym.

Lata świet­no­ści wsi Sycze dawno ode­szły w…” – zapi­sa­łem, kiedy zza zakrętu wyszły dwie baboczki. Jedna ciem­no­żółta w czarną kratkę przy­po­mi­nała któ­rąś z prze­pla­tek, prze­platka aure­lia albo auri­nia, druga zaś para­do­wała ni to bia­ława, ni to pia­skowa, z czar­nymi inkru­sta­cjami, zupeł­nie jak brud­nica mniszka albo przej­rzynka malutka. Traj­ko­tały po bia­ło­ru­sku, zro­zu­mia­łem tylko słowo zajeć, czyli zając, i wysko­ćił – wysko­czył, ale ze wspa­nia­łym akcen­tem na pierw­szą sylabę. Roz­ma­wiały o potrą­co­nym przez samo­chód sza­raku, który roz­kła­dał się w pobliżu. Byłem nie­omal pewien, że także o mnie. Ukło­ni­łem się więc jak cho­lera, nisko i zama­szy­ście.

Pan Bóg, podob­nie jak wielu innych bogów, czę­sto wybie­rał góry albo wznie­sie­nia do zała­twie­nia róż­nych waż­nych spraw. Jakby topo­gra­fia miała mu pomóc, pod­kre­ślić wagę czynu i jego samego, Boga. Podob­nie stało się na górze Gra­barce, w pobliżu nie­wiel­kiej wsi o tej samej nazwie. Ponoć już od śre­dnio­wie­cza prze­by­wali tam mnisi pra­wo­sławni z ikoną Chry­stusa Zba­wi­ciela, przed którą działy się cuda. Szcze­gól­nie liczne miały być w cza­sie epi­de­mii cho­lery, jakieś trzy­sta lat temu. Ta góra to naj­waż­niej­sze miej­sce pra­wo­sław­nego kultu w całej Pol­sce.

Czy w chrze­ści­jań­stwie wyda­rzyło się coś waż­nego na dole? U pod­nóża góry stał auto­bus, wie­rzący jedli kanapki, kru­che baboczki moczyły odnóża w źró­dełku. Chyba w tym samym, któ­rego woda w XVIII wieku leczyła z cho­lery. Obok stała pompa (grec. pompe), zada­szone głę­bi­nowe źró­dełko, z któ­rego można było pić albo zaczerp­nąć wody do butelki. Jed­nym ze świę­tych, obli­cza któ­rych strze­gły wodo­poju, był Gabriel Zabłu­dow­ski. Pra­wo­sławny chło­piec zgi­nął wieki temu pod Zabłu­do­wem w nie­ja­snych oko­licz­no­ściach.

Potem baboczki wspi­nały się na górę pośród sosen tak sta­rych, że aż god­nych czci, a może nawet kultu. Krą­żył nad nimi, wysoko, bocian biały, psy­cho­pom­pos, nosi­ciel dusz, ale ta jego szcze­gólna funk­cja nikomu nie była tu potrzebna. Na szczy­cie wokół cer­kwi Prze­mie­nie­nia Pań­skiego rósł las krzyży, a wła­ści­wie las inten­cji. Gęstwina próśb. Jakby krzyże i drzewa żyły razem w inten­cji zdro­wia Joanny i Kata­rzyny, szczę­ścia Stra­ża­ków, bez­pie­czeń­stwa Pogra­nicz­ni­ków, a nawet pod­pa­la­cza z Czar­nej. Patrzy­łem długo i uważ­nie, bo nie wzią­łem apa­ratu i mia­łem tylko oczy.

Jedna z babć chciała napi­sać coś na krzy­żyku, pew­nie inten­cję, może czy­jeś imię, może prośbę. Ale jej pisak zawiódł. Szybko wyją­łem swój i poda­łem: – Baboczka, wot ruczka. – Nie nado, synok – pouczyła. – Nie piszet, zna­czit, nie nado. Praw­do­po­dob­nie cho­dziło o to, że sam Jahwe nie życzy sobie dopi­sy­wa­nia. Zazdro­ści­łem star­szej pani tej pew­no­ści, tego czy­ta­nia zna­ków, bli­skiej rela­cji z Bogiem Abra­hama, Iza­aka i Jakuba. Cho­ciaż psy­cho­pom­posa raczej nie widziała.

Na śród­le­śnych polach mię­dzy Gra­barką a Miel­ni­kiem feno­lo­gia, nauka o obser­wo­wa­niu, łatwo mogła się pomy­lić z feno­me­no­lo­gią, nauką o widze­niu. To zapewne przez patrze­nie, które łączyło oby­dwie dzie­dziny. Feno­lo­gia zaj­muje się kieł­ko­wa­niem, kwit­nie­niem i owo­co­wa­niem. Spa­da­niem liści, wędrów­kami pta­ków i zapa­da­niem w sen zimowy. Feno­me­no­lo­gia zaś opi­sem tego wszyst­kiego, opi­sem pozba­wio­nym wszel­kich zało­żeń, wie­dzy i uprze­dzeń. Opi­sy­wać trzeba tak, jakby się widziało pierw­szy raz w życiu.

Wcho­dzi­łem do mia­steczka Miel­nik, jak naka­zuje feno­me­no­lo­gia, wolny od jakiej­kol­wiek wie­dzy o miej­scu. I jak naka­zuje feno­lo­gia, oglą­da­jąc kwiaty, pędy, liście i zawiązki owo­ców, koja­rząc je powoli z porą roku. Wypa­tru­jąc pta­ków nad Bugiem i pierw­szych żół­tych liści. No i miej­sca do spa­nia, do meta­mor­fozy, na wzór doświad­czo­nej star­szy­zny, czyli owa­dów. Patrzy­łem uważ­nie i powoli, bo prze­cież nie mia­łem apa­ratu i kamery. Z obo­wiązku bycia wywią­zy­wa­łem się wspa­niale, nieco nad­gor­li­wie. Zamó­wi­łem więc pie­czoną kiszkę i się­gną­łem po wier­sze Cze­sława Miło­sza. On, śmiem mnie­mać, podob­nie jak wielu sza­ma­nów, zaję­cie psy­cho­pom­posa znał dosko­nale.

Michal_Ksiazek_fotarchautora-270x300[1]

Michał Książek

Aktywnie uczestniczy w obronie Puszczy Białowieskiej przed wycinką. 9 listopada, wraz z grupą ekologów, rozpoczął protest w siedzibie Lasów Państwowych w Warszawie. Część z nich zablokowała wejście do tego urzędu beczką z betonem, do której przykuli się łańcuchami. „Wyciąć władzę,...

CZYTAJ

BĄDŹ Z NAMI W KONTAKCIE