fbpx
ElżbietaDzikowska

Elż­bieta Dzi­kow­ska: Wró­ci­łam wła­śnie z ostat­niej sto­licy Inków – Vil­ca­bamby w Peru. Byłam tam już raz, z Tonym Hali­kiem, 41 lat temu. To było gło­śne na cały świat odkry­cie, wpraw­dzie dotarli już przed nami do Vil­ca­bamby arche­olo­dzy, ale dopiero my zro­bi­li­śmy o niej pierw­sze filmy, poka­zali światu… A wie Pani, że „Kon­ty­nenty” miały w tym swój udział?

Agnieszka Wój­ciń­ska: A co Panią w ogóle pod­ku­siło, żeby się wybrać w taką podróż? W marcu skoń­czyła Pani 80 lat… 

- Sta­rość to według mojej defi­ni­cji stan umy­słu, nie­za­leż­nie od wieku. Ja nie mam czasu na sta­rze­nie się. A jeśli cho­dzi o tego­roczną wyprawę do Peru – ule­głam Roma­nowi War­szew­skiemu. Poje­cha­łam z nim do Vil­ca­bamby, ostat­niej sto­licy Inków, gdzie byłam z Tonym Hali­kiem, moim nie­for­mal­nym, wspa­nia­łym mężem, 41 lat temu. Tamtą wyprawę zor­ga­ni­zo­wał peru­wiań­ski histo­ryk Edmundo Guil­lén, a sfi­nan­so­wała ją ame­ry­kań­ska tele­wi­zja NBC, dla któ­rej Tony pra­co­wał. Byli­śmy pierw­szymi Pola­kami, któ­rzy dotarli do Vil­ca­bamby, oboje zro­bi­li­śmy filmy o tej nie­zna­nej światu redu­cie ostat­nich wład­ców pań­stwa Inków, Tony dla NBC, ja – dla pol­skiej tele­wi­zji. Dziś to wciąż bar­dzo uciąż­liwa podróż, choć już nie na koniu czy mule, tylko samo­cho­dem. War­szew­ski ją zor­ga­ni­zo­wał, dla­tego zgo­dzi­łam się, żeby został moim bio­gra­fem. A wie Pani, skąd go znam? Z „Kon­ty­nen­tów”.

ElzbietaDzikowska

Naprawdę?

- Kiedy pra­co­wa­łam w redak­cji tego pisma, napi­sał do mnie uczeń z Elbląga, że chce się zająć roz­wią­za­niem zagadki pisma rongo-rongo, poli­ne­zyj­skiego sys­temu pik­to­gra­mów słu­żą­cych do zapisu języka rapa­nui uży­wa­nego na Wyspie Wiel­ka­noc­nej. Miał 16 lat i czy­tał „Kon­ty­nenty”. Zro­bi­li­śmy z nim wywiad. To był Roman War­szew­ski. Do teraz napi­sał już 26 ksią­żek, w tym kil­ka­na­ście o Peru i zna się na tym kraju jak nikt inny!

Jak Pani tra­fiła do „Kon­ty­nen­tów”?

- Okrężną drogą! Muszę cof­nąć się do Mię­dzy­rzeca Pod­la­skiego, skąd pocho­dzę. Gdy przy­szła wojna, mój tatuś został roz­strze­lany przez Niem­ców na Zamku Lubel­skim. Mia­łam 7 lat. Mamu­sia pro­wa­dził her­ba­ciar­nię z ukry­tym wyszyn­kiem, z cze­goś musiała nas utrzy­mać. Miesz­ka­li­śmy z nią i młod­szym bra­tem u babci. W cza­sach sta­li­now­skich, gdy mia­łam pięt­na­ście lat, wtrą­cono mnie do wię­zie­nia za dzia­łal­ność w taj­nej mło­dzie­żo­wej orga­ni­za­cji Zwią­zek Ewo­lu­cjo­ni­stów Wol­no­ści. ZEW sze­rzył hasła anty­pań­stwowe i anty­so­wiec­kie. I to zawa­żyło na moich dal­szych losach. Bo mia­łam kło­poty powię­zienne – nie chcieli mnie na żadne stu­dia przy­jąć: ani na wyma­rzoną arche­olo­gię, ani dzien­ni­kar­stwo, ani histo­rię sztuki, mimo że miała świetne świa­dec­twa. A przy­je­chała wów­czas do Mię­dzy­rzeca pewna dziew­czyna, pamię­tam tylko, że miała na imię Iza­bella, która miała tam krew­nych, a stu­dio­wała japo­ni­stykę. Powie­działa, że jest jesz­cze trud­niej­szy kie­ru­nek –  sino­lo­gia, na który co drugi rok przyj­mują  led­wie sie­dem osób. Pomy­śla­łam, że może tam nie uznają mnie za nie­bez­pieczną. I sama, szes­na­sto­latka – bo moja mama to myślała, że jak zostanę pie­lę­gniarką, będzie dobrze – wsia­dłam w pociąg i zgło­si­łam się do komi­sji odwo­ław­czej. Pro­fe­sor filo­zo­fii, pan Nowicki, wysłu­chał mnie i doszedł do wnio­sku, że dla mnie żad­nej przy­szło­ści na  Pod­la­siu nie ma. Pozwo­lono mi więc zda­wać egza­min w dodat­ko­wym ter­mi­nie, we wrze­śniu. Tak dosta­łam się na sino­lo­gię.

Zaczęły się podróże?

- To nie było wtedy takie łatwe. Po dru­gim roku mia­łam  otrzy­mać dwu­let­nie sty­pen­dium do Chin, ale nie dosta­łam pasz­portu. Ale po Paź­dzier­niku 1956 przy­szła odwilż i wresz­cie poje­cha­łam do Pań­stwa Środka. Na sześć tygo­dni. Po powro­cie skoń­czy­łam stu­dia i – znowu kło­poty. Nie mogłam dostać pracy zwią­za­nej z wykształ­ce­niem, a nie­źle zna­łam chiń­ski, bo przez cztery lata – poza nor­mal­nym tokiem stu­diów – bra­łam kon­wer­sa­cję u mojego pro­fe­sora Chiń­czyka, który żad­nego innego języka nie znał. Odku­rza­łam więc książki w biblio­tece Uni­wer­sy­tec­kiej, otwie­ra­łam i zamy­ka­łam drzwi w spor­to­wym Klu­bie „Mara­ton”, han­dlo­wa­łam w CIECH-u ługiem sodo­wym z Argen­tyną. Aż w końcu zaczę­łam pracę w piśmie „Chiny”. Przez parę lat pisa­łam o sztuce chiń­skiej, tłu­ma­czy­łam na pol­ski opo­wia­da­nia z chiń­skiego, opi­sy­wa­łam ten kraj. Jed­nak gdy mia­łam dwa­dzie­ścia sie­dem lat, z powodu nie­po­ro­zu­mień poli­tycz­nych z Kra­jem Środka „Chiny” upa­dły. Dla nie­po­znaki zamknięto wtedy też pismo „Afryka”, a w miej­sce obu powstały wła­śnie „Kon­ty­nenty”. Był rok 1964. Kon­kurs na nazwę wygrał go Sta­ni­sław Pawel­czyk, który potem zaj­mo­wał się w piśmie Azją. Mnie powie­rzono dział Ame­ryki Łaciń­skiej, o któ­rej nie mia­łam poję­cia. Ale wtedy nikt nie miał, tak mi powie­dziano. No pra­wie nikt, bo Mirek Iko­no­wicz był kore­spon­den­tem PAP-u, a Aniela Kru­piń­ska „Życia War­szawy” na Kubie. Poza tym nie­wiele stam­tąd docho­dziło wie­ści, więc musia­łam się nauczyć hisz­pań­skiego i poczy­tać co nieco. A już w 1965 roku zaczę­łam tam wyjeż­dżać.

Elzbieta Dzikowska

Pierw­sza podróż była dokąd?

- Do Mek­syku. Bar­dzo prza­śna. Popły­nę­łam stat­kiem han­dlo­wym o roman­tycz­nej nazwie „Trans­por­to­wiec”, gdzie było dwa­na­ście kabin pasa­żer­skich. Zaj­mo­wa­łam jedną z nich z Mek­sy­kanką Elią Rami­rez Bau­ti­stą, która tutaj robiła stu­dia pody­plo­mowe z eko­no­mii. Szli­fo­wa­łam więc swój hisz­pań­ski. Oprócz niej był na statku bary­ton z Ode­ssy, który uprzy­jem­niał nam wie­czory i spi­ry­tystka, z którą wywo­ły­wa­li­śmy duchy, na przy­kład mar­szałka Pił­sud­skiego. Wielka szkoda, że był bar­dzo wstrze­mięź­liwy w odpo­wie­dziach. Gdy dopły­nę­li­śmy, zamiesz­ka­łam u mojej przy­ja­ciółki Elii Rami­rez Bau­ti­sta, tej, z którą dzie­li­łam kabinę na statku.  Mia­łam na trzy mie­siące 180 dola­rów. Jeź­dzi­łam lokal­nymi środ­kami trans­portu, a cza­sami korzy­sta­łam z uprzej­mo­ści naszego amba­sa­dora, Jerzego Gru­dziń­skiego. Jak gdzieś się wybie­rał, można się było wpro­sić i poje­chać z nim. Zwy­czaj był taki, że amba­sady poma­gały wtedy dzien­ni­ka­rzom. W Mek­syku pozna­łam mój wielki auto­ry­tet, pro­fe­sor Wandę Tela­kow­ską, twór­czy­nię Insty­tutu Wzor­nic­twa Prze­my­sło­wego, która przy­je­chała z wystawą. Jak gdzieś ją gościli, towa­rzy­szy­łam jej jako niby sekre­tarka. A jak mnie gdzieś zapra­szali, to wtedy ona jeź­dziła ze mną jako moja „pomoc”. To była duża kobieta, uro­cza, prze­mą­dra. Potem w Pol­sce cho­dzi­łam z nią na conie­dzielne spa­cery, nie­za­leż­nie od pogody. Kiedy ode­szła – długo odczu­wa­łam jej brak.

Ta pierw­sza podróż trwała trzy mie­siące. Wró­ci­łam też stat­kiem, „Krynica”.W Wigi­lię roz­pę­tał się sztorm. Wyry­wało koje, u mnie wysko­czyło ze ściany radio. Kucha­rze przy­go­to­wali świą­teczne dania, które posta­wiono na mokrych obru­sach, ale nikt nie był w sta­nie ich jeść. Na szczę­ście uspo­ko­iło się po kilku dniach i dotar­li­śmy do Pol­ski.

W 1968 r. wyje­cha­łam stat­kiem po raz drugi, do Wene­zu­eli, Kolum­bii, Ekwa­doru, Peru. Wła­śnie z Peru wra­ca­łam stat­kiem, który prze­wo­ził mączkę rybną. Nie­sa­mo­wity fetor. Podróż trwała trzy tygo­dnie, nie chcia­ła­bym powtó­rzyć tej przy­gody.

To wtedy naba­wiła się Pani cho­roby mor­skiej?

- Nie, dopiero póź­niej, jak się prze­sia­dłam z dużych stat­ków na naszą żaglówkę „Hali­kówkę”, a wcze­śniej na łódkę „Tade­usz” z war­szaw­skiego Jacht Klubu, to bar­dzo się męczy­łam. W każ­dym por­cie mówi­łam, że wysia­dam i wra­cam. Ale Tony kusił mnie: jesz­cze Delft nie widzia­łaś, Krety, Delos,  a jesz­cze tego i tam­tego, będzie spo­koj­niej­sza woda. I jakoś prze­trwa­łam do końca rejsu.

Po trzech mie­sią­cach wraca Pani do War­szawy, do „Kon­ty­nen­tów” – czyli gdzie?

- Redak­cja mie­ściła się na ulicy Sena­tor­skiej 35, w Pałacu Błę­kit­nym, tam, gdzie teraz jest Teatr Żydow­ski. Na szczę­ście była bli­sko uni­wer­sy­tetu, więc pra­cu­jąc, mogłam w try­bie dzien­nym skoń­czyć histo­rię sztuki. Naczel­nym był Wła­dy­sław Śliwka-Szczer­bic, autor ksią­żek podróż­ni­czych, fan­ta­styczny orga­ni­za­tor, bar­dzo dobry szef, który rzadko pisał, ale jeśli cza­sem to robił, miał nie­złe pióro. Był inspi­ru­jący, wszy­scy go lubili. Kiedy wysy­łał mnie w pierw­szą podróż, nie wie­dział, że mia­łam ten epi­zod wię­zienny. Przy­zna­łam mu się, że mogę nie dostać pasz­portu. Widocz­nie miał dobre sto­sunki, gdzie trzeba, bo pasz­port mi zała­twił. A jak poje­cha­łam i wró­ci­łam, i nie szka­lo­wa­łam ludo­wej ojczy­zny – bo donosy być musiały – to już potem nie było więk­szych pro­ble­mów z wyjaz­dami.

Jaka była ta redak­cja „Kon­ty­nen­tów”?

- Skromna. Zaj­mo­wała na dru­gim pię­trze lewą część Pałacu. Był więk­szy pokój sekre­ta­riatu, w któ­rym urzę­do­wała póź­niej rów­nież moja przy­ja­ciółka Elż­bieta Kotar­ska zaj­mu­jąca się zdję­ciami i gra­fiką. Potem swój gabi­net miał naczelny. Ja dzie­li­łam pokój z piękną Teresą Marzyń­ską i jesz­cze jedną osobą, która się zmie­niała – sie­dzieli z nami a to Jacek Głu­ski, a to Woj­tek Gieł­żyń­ski. Gina Cze­ka­łowa pro­wa­dziła dział Afryki. A Jurek Cho­ci­łow­ski, który zaj­mo­wał się Azją, miał skromną ciupkę, cho­ciaż kon­ty­nent ogromny. Jesz­cze był pokoik sekre­ta­rza redak­cji, zrazu peł­nił tę funk­cję Sta­ni­sław Sien­kie­wicz, a po jego odej­ściu Irena Sła­wiń­ska, czyli Chinka Hu Peifang, która wyszła za Polaka Romana Sła­wiń­skiego. Choć kale­czyła nieco język pol­ski, umiała świet­nie oce­nić tek­sty. Jesz­cze była korek­torka.

W sumie kil­ka­na­ście osób?

- Tak. Ale współ­pra­co­wa­li­śmy z naj­lep­szymi auto­rami, z jakimi się dało. Był więc Edmund Osmań­czyk i jego żona Jola Kli­mo­wicz. Była Beata Babad, zna­jąca się na Ame­ryce Łaciń­skiej, i Maria Sten. Póź­niej pisy­wali też do nas m.in. Janusz Wol­nie­wicz, Lech Nie­krasz, Ryszard Sta­ni­sław­ski, Jan Paran­dow­ski, Arkady Fie­dler. Mie­li­śmy także kon­takty z ludźmi nauki, jak pro­fe­sor Maria Para­dow­ska, wybitny etno­graf, prof. Andrzej Wier­ciń­ski i wspa­niały histo­ryk zaj­mu­jący się Ame­ryką Łaciń­ską prof. Tade­usz Łep­kow­ski. W pew­nym momen­cie człon­kiem kole­gium – i moim kon­sul­tan­tem od Ame­ryki Łaciń­skiej – został Ryszard Kapu­ściń­ski. Po Edmun­dzie Osmań­czyku był kore­spon­den­tem PAP-a w Mek­syku i pisy­wał też do nas. A już po moim odej­ściu był nawet zastępcą naczel­nego, za kaden­cji Jerzego Cho­ci­łow­skiego. Z Ryś­kiem przy­jaź­ni­li­śmy się przez 40 lat, do jego śmierci.

Dużo miej­sca poświę­ca­li­śmy kul­tu­rze. W cza­sie podróży pozna­łam wszyst­kich naj­wy­bit­niej­szych arty­stów mek­sy­kań­skich, a potem laty­no­ame­ry­kań­skich. Pew­nie jako pierw­sza w Pol­sce pisa­łam o tej sztuce w „Kon­ty­nen­tach”. Od pisa­nia o sztuce zresztą zaczy­na­łam i to było zawsze moje naj­więk­sze umi­ło­wa­nie, ale z cza­sem musia­łam nauczyć się foto­gra­fo­wa­nia, pisa­nia o spra­wach spo­łecz­nych, zaha­cza­jąc o poli­tykę. Potem zosta­łam człon­kiem Świa­to­wego Sto­wa­rzy­sze­nia Laty­no­ame­ry­ka­ni­stów, jeź­dzi­łam na kon­gresy, na któ­rych były ogła­szane nowe odkry­cia i przed­sta­wia­łam je w piśmie. Sama sobie wymy­śla­łam tematy. W zasa­dzie nie mia­łam ogra­ni­czeń ani za cza­sów Śliwki–Szczerbica, ani potem Leona Oni­chi­mow­skiego, który był raczej z nada­nia poli­tycz­nego. Wyda­wa­li­śmy też numery mono­te­ma­tyczne, pro­ble­mowe.

To zna­czy?

- Robi­łam na przy­kład jako redak­torka numer o gło­dzie i o pusty­niach. Przy pierw­szym wysłano mnie na kon­gres FAO do Rzymu, gdzie chcia­łam zro­bić wywiad z sze­fem tej orga­ni­za­cji. Ale nikt nie mógł mi tego zała­twić, nawet nasz amba­sa­dor przy FAO, prof. Hen­ryk Jasio­row­ski. Napi­sa­łam więc na kar­teczce po angiel­sku prośbę, czy mógłby mi ów prze­wod­ni­czący udzie­lić wywiadu i kiedy otwie­rał kon­gres – pode­szłam do mów­nicy i poło­ży­łam mu tę kar­teczkę. Przy­jął mnie. Źle wtedy zna­łam angiel­ski, więc sobie napi­sa­łam pyta­nia, nagra­łam roz­mowę, a jak wró­ci­łam – prze­tłu­ma­czy­łam. Z nume­rem o pusty­niach też mia­łam przy­godę. Mie­li­śmy wymianę z radziec­kim pismem „Latin­skaja Ame­rika”, które wycho­dziło w Moskwie. Jego sze­fem był Sier­giej Miko­jan, syn słyn­nego Ana­stasa Miko­jana. Zapro­sił mnie , chcia­łam wyje­chać do Turk­me­nii, żeby zoba­czyć sławną pusty­nię i kanał Kara­ko­rum. Zała­twił mi wizę, ale gdy przy­je­cha­łam, wezwano mnie do pro­fe­sora na uni­wer­sy­te­cie, szefa działu zagra­nicz­nego, który mnie dokład­nie wypy­ty­wał, gdzie ta wiza była zała­twiana, na jakiej ulicy, na któ­rym pię­trze, numer pokoju i oczy­wi­ście czego ja tu szu­kam. Powie­dzia­łam, co chcę zoba­czyć, a on na to, że tu nie ma żad­nego kanału, żad­nej pustyni! Na szczę­ście w samo­lo­cie pozna­łam tam­tej­szego kom­po­zy­tora, zadzwo­ni­łam do niego, wsa­dził mnie w samo­chód, zawiózł nad kanał, zro­bi­łam zdję­cia pustyni i wtedy dopiero wyje­cha­łam.

Pra­co­wała Pani dla „Kon­ty­nen­tów” kil­ka­na­ście lat. 

- Byłam potrzebna. Wydru­ko­wa­łam tam dwie książki, „Cza­row­ni­ków” i „Vil­ca­bamba. Ostat­nia sto­lica Inków”. Naczelny uwa­żał, że takie publi­ka­cje pod­no­szą naszą rangę. Zwal­niał mnie wtedy z codzien­nych obo­wiąz­ków, jecha­łam w laty­no­ame­ry­kań­ski teren, a potem pisa­łam.

Lubiła Pani pracę w „Kon­ty­nen­tach”?

- Oczy­wi­ście! Przede wszyst­kim dla­tego, że trak­to­wa­li­śmy „Kon­ty­nenty” nie tylko jak miej­sce pracy, które przy­nosi nam zabez­pie­cze­nie finan­sowe, ale jako reali­za­cję naszych pasji. Wszyst­kim się chciało pra­co­wać, by pismo było coraz lep­sze. Sta­ra­li­śmy się, żeby było cie­kawe, ale rze­telne,  nie oparte na sen­sa­cji. Nie było też poli­tyczne, cho­ciaż w kole­gium byli różni pano­wie z nada­nia poli­tycz­nego, jak Ryszard Fre­lek, szef biura zagra­nicz­nego w KC czy Sta­ni­sław Trep­czyń­ski, kie­dyś prze­wod­ni­czący Zgro­ma­dze­nia Ogól­nego ONZ i wice­mi­ni­ster spraw zagra­nicz­nych, zresztą ci aku­rat to przy­zwo­ici, inte­li­gentni ludzie.

A jed­nak skoń­czyło się nie­miło – wery­fi­ka­cją w 1981 roku?

- To były czasy Soli­dar­no­ści. Naczelny, Leon Oni­chi­mow­ski, zwol­nił moją przy­ja­ciółkę, Elż­bietę Kotar­ską, która pro­wa­dziła u nas Soli­dar­ność, a ona podała go do sądu. Poszłam na świadka i powie­dzia­łam, że zro­bił to nie­słusz­nie. Nie mógł mi tego daro­wać. Na wery­fi­ka­cji był on i jakiś zaufany dzien­ni­karz z Rze­szowa, i obaj na wyścigi zarzu­cali mi, jaka to ja paskudna poli­tycz­nie jestem, jaka nie­pra­wo­myślna. Ode­szłam, mimo że zosta­łam zwe­ry­fi­ko­wana pozy­tyw­nie. Nie chcia­łam już być w tym gro­nie. Zatrud­ni­łam się wtedy w tygo­dniku kul­tu­ral­nym „Radar”, gdzie zaczę­łam robić wywiady z arty­stami. Stały się póź­niej zaląż­kiem moich ksią­żek „Polacy w sztuce świata” i „Arty­ści mówią”. A potem prze­szłam do Inter­press Filmu i dosta­łam etat reży­sera fil­mów doku­men­tal­nych. Tam robi­li­śmy „Pie­prze i wani­lie”, aż nawią­za­łam współ­pracę z agen­cją fil­mową „Kalej­do­skop”. Nie­dawno zro­bi­łam dla nich dzie­sięć fil­mów o ple­mio­nach na połu­dniu Chin.

Jak z pisa­nia prze­szła Pani do filmu?

- Zro­bi­łam kurs reży­se­rii doku­men­tal­nej. Pierw­sze filmy nakrę­ci­łam kamerą Bolex Reflex, dziś to już sprzęt muze­alny, o poło­wie dia­men­tów w wene­zu­el­skiej rzece Caroni, a potem o refor­mie rol­nej w Peru. To było fascy­nu­jące, bo jeź­dzi­łam z gru­pami entu­zja­stów, które prze­pro­wa­dzały reformę wśród indiań­skich chło­pów i mia­łam dostęp do naj­głęb­szej pro­win­cji. Póź­niej zro­bi­łam film o Wyspie Wiel­ka­noc­nej. To było, zanim pozna­łam Tony’ego Halika. Kiedy się zwią­za­li­śmy, uzna­łam, że on lepiej robi ope­ra­torkę, a sama zaję­łam się wymy­śla­niem tego, co mamy robić. Tylko że ja się inte­re­so­wa­łam tym, co stoi, czyli zabyt­kami, a on tym, co się rusza, czyli India­nami i zwie­rzę­tami. A potem ja to wszystko mon­to­wa­łam, robi­łam komen­ta­rze, nagry­wa­łam dźwięk.

ElżbietaDzikowska

W latach 60. i 70. kobieta, która dużo podró­żo­wała i miała wie­dzę o świe­cie to chyba było kurio­zum. Jak Panią przyj­mo­wano w Ame­ryce Połu­dnio­wej?

- Nigdy nie mia­łam z tytułu płci żad­nych kło­po­tów. Dosta­łam sty­pen­dium od pre­zy­denta Mek­syku Luisa Eche­ver­rii, poma­gali mi pra­cow­nicy naszych amba­sad. Kiedy już byłam z Tonym, zepsuł nam się samo­chód 400 km od sto­licy Mek­syku. Był wie­czór, ale Tony mówi: wyjdź na drogę, zatrzy­maj kogoś i spro­wadź pomoc z naj­bliż­szego mia­steczka. Ani on, ani ja nie bali­śmy się, że może mi się coś stać, choć byłam blon­dynką, nie­brzydką ponoć. Wyszłam, zatrzy­ma­łam jakąś limu­zynę i dwaj pano­wie zawieźli mnie do odle­głego o 50 km mia­steczka. Na poli­cję, bo warsz­taty samo­cho­dowe były już poza­my­kane. Na szczę­ście komen­dant poste­runku obu­dził jakie­goś wła­ści­ciela warsz­tatu i naka­zał mu, by nam pomógł.

Nie mia­łam zaha­mo­wań, zawsze jeź­dzi­łam sama, udało mi się zro­bić mnó­stwo wywia­dów, dotrzeć, gdzie chcia­łam.

A wra­ca­jąc do „Kon­ty­nen­tów”, jak Pani zare­ago­wała, gdy pismo parę lat temu wró­ciło?

- Zrazu chyba nie mie­ści­łam się w nowej kon­cep­cji, ale potem oka­zało się, że mogę być przy­datna. Cho­ciaż nie mam za dużo czasu, inte­re­sują mnie teraz głów­nie książki, mam też nową pasję.

Pol­skę?

- Tak, odkry­wam ją! Wyszły już cztery tomy „Gro­chu i kapu­sty”, a teraz pra­cuję nad czwartą czę­ścią „Pol­ski zna­nej i mniej zna­nej”. Wła­śnie wró­ci­łam z powiatu wie­luń­skiego, gdzie zwie­dzi­li­śmy z moimi przy­ja­ciółmi, dwoma histo­ry­kami z Głowna, drew­niane kościółki, nie­które z pięk­nymi poli­chro­miami. Zoba­czy­li­śmy jesz­cze śre­dnio­wieczne mia­sto Byczyna, oto­czone murami jak Pacz­ków i wła­ści­wie nie­znane. Bar­dzo zanie­dbane, ale to naprawdę perełka.

A co z krań­cami świata?

- Daw­niej naj­cie­kaw­sza była egzo­tyka, to, co dale­kie i inne. Dziś świat jest otwarty, jeżeli się ma zdro­wie, czas i pie­nią­dze. Nato­miast Pol­ska legła odło­giem. Kie­dyś orga­ni­zo­wano wycieczki, wczasy. A teraz? Posta­no­wi­łam poka­zać Pol­skę Pola­kom i pomy­śla­łam, że jeśli mieli zaufa­nie do mnie przy „Pie­przu i wani­lii” to prze­niosą je na „Groch i kapu­stę”. I tak się stało, więc na brak zajęć nie narze­kam.

BĄDŹ Z NAMI W KONTAKCIE