fbpx
dartlo16

Poni­żej pre­zen­tu­jemy Wam wstęp do naj­now­szego, wio­sen­nego numeru „Kon­ty­nen­tów”, który po raz pierw­szy może­cie kupić bez­po­śred­nio przez naszą stronę inter­ne­tową i otrzy­mać gra­tis wer­sję cyfrową na smart­fony i tablety:

sklep.magazynkontynenty.pl

Magazyn Kontynenty

Ot, histo­ryjka
Tekst: redak­tor naczelny „Kon­ty­nen­tów”, Dariusz Fedor

– Pan zaczeka chwilę, coś panu pokażę – wyszep­tała z prze­ję­ciem i podrep­tała na zaple­cze. Sprze­dawca, star­szy dys­tyn­go­wany pan, któ­rego zosta­wiła samego ze mną w tym nie­zwy­kłym skle­pie, uśmiech­nął się zakło­po­tany. – Z Pol­ski? – zapy­tał, jakby chciał się upew­nić, że się nie prze­sły­szeli.

– Z War­szawy – przy­tak­ną­łem i opar­łem ostroż­nie dło­nie o chłodny blat dębo­wej barierki. A potem z naboż­nym sku­pie­niem, należ­nym takim miej­scom, zaczą­łem robić to, co zwy­kle tu robię: roz­glą­dać się po witry­nach i czy­tać łaciń­skie nazwy na wyso­kich sło­jach i butlach, które stoją w nie­zmien­nym od pra­wie dwu­stu lat porządku za szy­bami w zie­lo­nych ramach. Na zaple­czu coś zaszu­rało.

– Un momento! – krzyk­nęła kobieta, a sprze­dawca raz jesz­cze się uśmiech­nął, tym razem jakby prze­pra­sza­jąco:

To tro­chę potrwa” – wyczy­ta­łem w jego wzroku.

Na zewnątrz był skwar i har­mi­der, ale ja wsze­dłem tu nie tylko dla wytchnie­nia. Lubię to miej­sce i zaglą­dam doń za każ­dym razem, gdy jestem w Bar­ce­lo­nie. Droga pro­sta – z Ram­bli skrę­cam w lewo w car­rer de Colom i już po chwili jestem na pro­sto­kąt­nym, pięk­nie ocie­nio­nym pal­mami, Plaça Reial. Idę ku wschod­niemu naroż­ni­kowi, gdzie pod arkadą, przed wąską car­rer del Vidre, od 1823 roku mie­ści się Her­bo­ri­ste­ria del Rei. Zie­lar­nia Króla. Zabu­do­wana antycz­nymi meblami, z mar­mu­ro­wym popier­siem Karola Lin­ne­usza na wyso­kiej, bogato zdo­bio­nej kolu­mience, wypeł­niona wonią suszo­nych ziół wią­za­nych sta­ran­nie w pęczki i medy­ka­men­tów w worecz­kach, tore­becz­kach. Wnę­trze, które wygląda jak sce­no­gra­fia spek­ta­klu czy filmu – nic dziw­nego, że Tom Tykwer krę­cił tu sceny histo­rycz­nego thril­lera „Pach­ni­dło”. Lubię to miej­sce, bo sprze­dawcy sta­rej daty znają się na swo­jej robo­cie. Cier­pli­wie wysłu­chają i dobiorą odpo­wied­nią mie­szankę, wytłu­ma­czą, jaka jest róż­nica mię­dzy miętą zwy­czajną a miętą ze sto­ków Pire­ne­jów. Na zaple­czu zaskrzy­piało i usły­sza­łem pośpieszne drep­ta­nie. Kobieta nio­sła w ręku starą kartę, ski­nęła, bym się zbli­żył i pochy­lił. – Pro­szę, niech pan spoj­rzy. Ja mam pol­skie korze­nie, o, tu jest nasze rodowe nazwi­sko, ale ja już nie mówię po pol­sku, nie prze­czy­tam, to dla mnie za trudne.

– Hor­witz – odczy­ta­łem gło­śno ze sta­rego dyplomu poświad­cza­ją­cego pro­fe­sję.

– Wła­śnie, Orr­r­wic – powtó­rzyła z hisz­pań­ska. – W Pol­sce to nadal popu­larne nazwi­sko, nie­praw­daż?

Przy­tak­ną­łem. Kupi­łem torebkę z suszoną miętą. Tą z Pire­ne­jów. Aro­ma­tycz­niej­szą i pew­niej­szą w dzia­ła­niu. Ot, histo­ryjka.

Powierzch­nia zda­rzeń. Co pod nią? Pod wyobra­że­niem? Ste­reo­ty­pem? Szu­kamy odpo­wie­dzi po sze­ro­kim świe­cie: w Kongo, Papui, Ban­gla­de­szu, Indiach, Soma­lii, Peru. I bli­żej: w Islan­dii, Gru­zji, Gre­cji, na Sar­dy­nii, we Wło­szech. I naj­bli­żej– na Pustyni Błę­dow­skiej. Zapra­szam.

 

 

BĄDŹ Z NAMI W KONTAKCIE