13.06.2017

Nowy numer 2/2017

Tekst: Dariusz Fedor, redak­tor naczelny

Wiatr

Świa­tła stało się mniej, jakby ktoś zasu­nął zasłonę. Pierw­szy tu raz w ciągu dnia nie musia­łem mru­żyć oczu – rozej­rza­łem się zasko­czony. Samo­chody, tuk­tuki, motory – cały ten del­hij­ski traf­fic powsze­dni trą­biący, szu­ka­jący choćby skrawka jezdni dla sie­bie – sta­nął. Gałę­zie san­da­willi prze­stały się koły­sać i ciężko zwi­sły pod cię­ża­rem szkar­łat­nych kwia­tów. I nagle zro­biło się żółto-szaro. Kie­rowca tak­sówki, który wiózł nas na lot­ni­sko, bo już trzeba było wra­cać do Pol­ski, doto­czył auto pod beto­nowy filar wia­duktu i zamilkł. Spoj­rza­łem na niego nie­pew­nym wzro­kiem.

– Lu? – spy­ta­łem. – Lu – odpo­wie­dział i lekko się sku­lił.

A wtedy zaczęło się.

Kłąb splą­ta­nych gałą­zek, papro­chów, śmieci wypada zza beto­no­wego filara i w wirze żół­tego pyłu ska­cze pięć metrów w górę – pięć metrów w dół, nie tyka­jąc betonu pod – nie tyka­jąc betonu nad. Taniec eks­ta­tyczny, bez­ładny, bez­gło­śny. Wresz­cie roz­bija się o filar i już jako żółty tuman sunie ku nam, zbiera po dro­dze piach, śmieci, i rzuca w auto, i szar­pie nas. Teraz już go nie tylko widzę, już go sły­szę – bo to nie szum ulicy nara­stał, to huk tego wia­tru! Wóz się kole­bie ner­wowo, jest duszno, mimo że kli­ma­ty­za­cja cho­dzi, że szyby zamknięte. Huk nara­sta, wresz­cie grzmot! Pio­run?! Burza?! Będzie deszcz? Tak, pierw­sze wiel­kie kro­ple kle­pią w maskę, pierw­sze i ostat­nie, bo już po wszyst­kim. Znów jest jasno, zasty­gły ruch rusza, czas znowu pły­nie, świat nor­mal­nieje.

Lu rodzi się na pół­noc­nym zacho­dzie, wśród wydm odda­lo­nej o kil­ka­set kilo­me­trów radźa­sthań­skiej pustyni Thar. Rusza w Indie w maju, by przy­go­to­wać je na czas mon­su­nów. Czy­ta­łem o nim, że od wie­ków fascy­no­wał ludzi, wzma­gał natchnie­nie poetów, odczu­cia misty­ków, siał fer­ment w umy­słach mędr­ców. Byłem go cie­kaw, ale nie spo­dzie­wa­łem się, że go spo­tkam.

Że poznam jego siłę. Był prze­cież jesz­cze kwie­cień. Nie­spo­dziane. Spo­tka­nia, widoki, odkry­cia. Smaki, zapa­chy, kolory. Nie­raz wystar­czy zejść z utar­tego szlaku, zmie­nić kie­ru­nek czy czas – choćby o dro­binę coś w życiu prze­su­nąć, by doświad­czyć nowego, by poznać, by zro­zu­mieć. By stało się nie­spo­dziane. Wystar­czy tylko prze­kro­czyć próg.

Za pro­giem są egzo­tyczne i dzie­wi­cze Sun­dar­bany, gdzie zni­kają tygrysy. I wie­kowy pałac maha­ra­dży, gdzie wła­śnie zna­le­ziono ukryte przed ponad stu laty por­trety kobiet z haremu.

I repu­blika mni­chów, gdzie kobie­tom wstęp wzbro­niony. Jest pół­wy­sep Shi­mo­kita, gdzie wierni okry­wają kamienne idole chu­s­tami, by dodać im choć tro­chę czło­wie­czeń­stwa. I Kam­bo­dża, gdzie ludzie mówią języ­kiem przy­po­mi­na­ją­cym ćwier­ka­nie geko­nów. I mia­steczka w Gwa­te­mali, gdzie można sobie kupić majań­skiego sza­mana. I zaułki Hawany, gdzie można się nauczyć kom­bi­no­wać jak nigdzie na świe­cie. I mia­steczko w Gru­zji, gdzie mło­dzi męż­czyźni co roku udo­wad­niają swoją męskość. I Bośnia i Her­ce­go­wina jest tuż za pro­giem, i Krym, i Moł­da­wia, i Cypr, i warow­nia w Ara­go­nii, i Eve­rest, który już nie jest za pro­giem moż­li­wo­ści.

Zapra­szam za próg.

Dariusz Fedor, redak­tor naczelny


Fragment artykułu z Kontynentów 2/2017

KUP

BĄDŹ Z NAMI W KONTAKCIE