fbpx
Fedor

Teskt: Zie­mo­wit Szcze­rek

Głu­pie rze­czy.

Na przy­kład czer­wone punto z napi­sem vigili di fuoco na lot­ni­sku. Wigi­lo­wie ognia. Pre­fek­tura w mia­steczku. Wysią­dzie czło­wiek, w niebo spoj­rzy, na zie­mię – i to wszystko już tu jest. Tylko że nie u nas. Bar­dzo nie. Obcy, wrogi kra­jo­braz. Przy­naj­mniej dla mnie wrogi. No, jeśli nie wrogi, to wro­gawy.  Bo to Połu­dnie. Męcząco.

Gorąco, sucho, nie­zie­lono, nie­cie­ni­ście. Sucha zie­mia, sucha, żół­tawa roślin­ność, kamie­ni­stość. Reli­gia i archi­tek­tura. Stąd to wszystko przy­szło na nasze żyzne, wil­gotne zie­mie. Suchymi i wytra­wio­nymi sto­pami do kra­iny wil­goci i nasiąk­nię­tych potem skar­pet i onucy. A tu – sucho, męcząco. Ludzie drą ryje nawet gdy nie piją.

A piją roz­wle­kle. Szybko mówią.

Pociąg mijał Scyllę. Sie­dzia­łem przy oknie i patrzy­łem. Na Scyllę. Ot, tak. Po dru­giej stro­nie była Cha­rybda. No i patrzy­łem, tro­chę bez­rad­nie, na Scyllę i Cha­rybdę. No, bez­rad­nie. Bo co mogłem z tym zro­bić. To tro­chę tak, jakby patrzeć na Atlan­tydę. Albo na Mor­dor. Na Cym­me­rię. Na Caer Mor­hen.

Wło­scy gów­nia­rze wsie­dli do pociągu i śpie­wali pio­senki. Coś o „col­lega di labora”. Krę­cili się mię­dzy pasa­że­rami. Sporo z nich było czar­no­skó­rych. Ghań­scy gów­nia­rze – wiem, że byli z Ghany, bo z nimi roz­ma­wia­łem – pod­ry­wali jadącą z nimi rodaczkę, ale ta ich z łatwo­ścią osa­dzała. Ci wło­scy i ghań­scy zacho­wy­wali się tak, jakby się wza­jem­nie nie widzieli. Jakby funk­cjo­no­wali w ramach dwóch róż­nych rze­czy­wi­sto­ści.

Niebo było banal­nie i zie­jąco błę­kitne, a Sycy­lia po dru­giej stro­nie cie­śniny wyglą­dała jak z rekla­mo­wego fol­deru. Dziew­czyna z Ghany prze­sia­dła się sie­dze­nie dalej. Też patrzyła na Scyllę.

– Ład­nie – powie­dzia­łem.

– Być może – odpo­wie­działa.

Star­szy męż­czy­zna, który wsiadł na kolej­nej sta­cji, był wysu­szony jak figa. Nie­bie­skie dżinsy opa­dały z jego chu­dych bio­der. Koszula wyglą­dała na nim jak żagiel. Twarz miał wąską. Wyjął tele­fon i zaczął wpi­sy­wać SMS-a. Patrzy­łem na niego ukrad­kiem. Przy­glą­da­łem mu się. Pociąg mijał nowe domy, na któ­rych miej­scu jesz­cze sto­sun­kowo nie­dawno nie­wiele było. Pastwi­ska kóz. I tak od cza­sów Rzymu. Od Wiel­kiej Gre­cji. Kozy sku­biące suchą trawę i ludzie o twa­rzach takich jak on, któ­rzy je paśli…


Fragment artykułu z Kontynentów 4/2017

KUP

BĄDŹ Z NAMI W KONTAKCIE