08.10.2017

Ningyō kuyō

Co roku, 25 wrze­śnia, w samym sercu Tokio, miesz­kańcy urzą­dzają pogrzeb lalek

Tekst i zdję­cia: Piotr Milew­ski

Krótko przed godziną 14 w tokij­skim parku Ueno jazgo­czą cykady i kra­czą kruki. Mimo że ofi­cjal­nie lato dobie­gło już końca, wciąż jest gorąco. Na szczę­ście w powie­trzu jest już mniej wil­goci. W cie­niu rosłych miło­rzę­bów, kam­fo­row­ców, pla­ta­nów i brzo­stow­nic, na usta- wio­nych w rów­nych rzę­dach krze­słach, sie­dzi kil­ka­dzie­siąt odświęt­nie ubra­nych osób. Trzy­mają na kola­nach lalki. Ukłony, wymiana grzecz­no­ści, uwagi o pogo­dzie, nie­zo­bo­wią­zu­jące kon­wer­sa­cje. W powie-trzu wisi napię­cie.

Wtem roz­lega się bicie w dzwonki. Zapada cisza. Z wnę­trza świą­tyni rusza pro­ce­sja bud­dyj­skich bon­zów. Ubrani w uro­czy­ste szaty, suną jeden za dru­gim niczym zjawy. Zatrzy­mują się przy pamiąt­ko­wym gła­zie, na któ­rym wyryto napis „Nin­gyō kuyō”, czyli „Pogrzeb lalek”. Stoi tam kil­ka­na­ście ubra­nych w kolo­rowe, dwor­skie stroje figu­rek. Mają okrą­głe, białe twa­rze, zręcz­nie wyma­lo­wane usta i oczy. Wydaje mi się, że się uśmie­chają.

Kapłan wygła­sza prze­mowę i pro­ce­sja rusza w stronę pla­cyku. Za duchow­nymi drep­czą świeccy. Powoli, krok za kro­kiem. Stają przed meta­lową skrzy­nią z lal­kami. Świą­tynny pomoc­nik pod­kłada ogień. Buchają pło­mie­nie. Barwy stają się inten­sywne. Skwier­czy pla­stik. Smo­li­sty obłok wznosi się ku niebu. Ozdobne kimona obra­cają się w proch. Kor­pusy roz­ta­piają się. Lalki odcho­dzą.

Mnisi recy­tują wersy Sutry Serca*:

Kan-ji zai bo satsu. Gyō jin han-nya ha-ra-mi-ta ji. Shō ken go ūn kai kū. Do is-sai ku yaku. Sha-ri-shi. Shiki fu i kū. Kū fu i shiki. Shiki soku ze kū. Kū soku ze shiki. Ju sō gyō shiki.

[Bodhi­sat­twa Awa­lo­ki­te­śwara, Prak­ty­ku­jąc głę­boko Pradż­nię Para­mitę,

Postrzega pustkę wszyst­kich pię­ciu skandh

I uwal­nia się od wszel­kiego cier­pie­nia i nie­po­koju.

Sia­ri­pu­tro, forma nie jest różna od pustki, pustka nie jest różna od formy.

To, co jest formą, jest pustką,

A to, co pustką – formą]

Wersy roz­brzmie­wają i cichną, jak pło­mie­nie w kre­ma­to­rium. Melo­re­cy­ta­cja dobiega końca. Pro­wa­dzący pro­ce­sję ude­rza w meta­lowy dzwo­nek, wyko­nuje ukłon i rusza w stronę świą­tyni…


Fragment artykułu z Kontynentów 3/2017

KUP

BĄDŹ Z NAMI W KONTAKCIE