13.06.2017

Lelo Burti

Tekst i zdję­cia: Mag­da­lena Konik

Gruzini udowadniają swą męskość

– Ty z apa­ra­tem, chodź ze mną! Musisz to zoba­czyć! – roze­śmiany nie­zna­jomy pro­wa­dzi mnie w głąb tłumu. Nie prze­ci­skamy się. Wszy­scy scho­dzą mu z drogi. Festyn na placu roz­kręca się.

Wcho­dzimy w krąg wysy­pany pia­skiem i tro­ci­nami – tu chłopcy w zapa­sach udo­wad­niają swą męskość. Odru­chowo chwy­tam za apa­rat, nie zwra­ca­jąc uwagi na to, że jestem prze­cież na „ringu”. Kątem oka widzę, jak nie­zna­jomy, który mnie przy­pro­wa­dził, odgra­dza mnie ręką od dopin­gu­ją­cego tłumu.

Po kilku bar­dzo szyb­kich run­dach wia­domo już, kto jest zwy­cięzcą, tłum zaczyna się roz­cho­dzić. Wtedy zacze­pia mnie star­szy czło­wiek. Wrę­cza kawa­łek zim­nego już cha­cza­puri i pla­sti­kowy kube­czek z winem.

– Gau­mar­dżos gogo! – stuka swoim kubecz­kiem w mój, bie­rze mnie pod rękę i pro­wa­dzi do stołu, gdzie wyło­żone jest świą­teczne cia­sto.

Dopiero teraz roz­glą­dam się po placu. Przy­ja­ciół, z któ­rymi przy­je­cha­łam, dostrze­gam wśród Gru­zi­nów. Pole­wają im wino.

− Chodź do nas, czę­stuj się cia­stem, serem, cha­cza­puri – zachęca ubrany w odświętną czo­chę** star­szy pan. – Skąd przy­je­cha­łaś?

− Z Pol­ski – odpo­wia­dam mię­dzy kęsami. Nawet nie zauwa­żam, że mój kubek znów jest pełny.

– Jak nam miło, napij się z nami! Polacy to porządni ludzie. Przy­je­cha­łaś na Lelo?

Przy­ta­kuję, a nie­zna­jomy z uśmie­chem poka­zuje pal­cem w stronę ulicy. – Zaraz się zacznie, zoba­czysz! Ale nie pod­chodź bli­sko, to nie­bez­pieczne dla kobiet.

Tłum gęst­nieje, okrzyki stają się coraz gło­śniej­sze. Miesz­kańcy Gór­nego i Dol­nego Shu­khuti zaraz zmie­rzą się ze sobą w grze, któ­rej początki się­gają kilku tysięcy lat wstecz. Nie­gdyś Lelo roz­gry­wano wszę­dzie na Kau­ka­zie – celem było wyzna­cze­nie męż­czyzn odpo­wie­dzial­nych za obronę wio­ski w przy­padku ataku.

Mię­dzy miesz­kań­cami krążą żoł­nie­rze, mający pil­no­wać porządku, oraz odważ­niejsi tury­ści. Pod­nie­ce­nie tłumu i mi zaczyna się udzie­lać.

Wybija piąta po połu­dniu. Nagle wszy­scy zry­wają się na sygnał dobie­ga­jący spod pobli­skiego domu. Pop przy­nosi poświę­coną w cer­kwi, ważącą kil­ka­na­ście kilo­gra­mów, piłkę uszytą ze skóry i wypeł­nioną tra­dy­cyj­nie zie­mią i owczą wełną polaną winem. Pogań­ska tra­dy­cja zado­mo­wiła się na dobre w obcho­dach Wiel­ka­nocy.

Duchowny rzuca w górę piłkę i… już! Ruszyli! Ścisk. Wszy­scy prą do przodu, wszy­scy chcą do piłki. Sza­mo­ta­nina. Gra­cze w więk­szo­ści upo­jeni winem. Prze­py­chają się, tłum prze­wala się w moją stronę, gnie­cie się nawza­jem i napiera na mnie. Wycią­gam odru­chowo apa­rat nad głowę…


Fragment artykułu z Kontynentów 2/2017

KUP

BĄDŹ Z NAMI W KONTAKCIE