08.10.2017

I poszłam z pasterzami

Cze­ka­łam na to rok. Dokład­nie rok, od kiedy doszłam z paste­rzami do Prze­łę­czy Abano i musia­łam zawró­cić. W tym roku ta droga nauczyła mnie wię­cej niż wszyst­kie poprzed­nie podróże

Tekst i zdję­cia: Mag­da­lena Konik

Alvani mokło w burzo­wym desz­czu. Kolej­nym już tego dnia. Cze­ka­łam w skle­pie, a Dariko – Tuszynka, u któ­rej w lecie zawsze zatrzy­muję się w domu w Dol­nym Omalo, patrzyła na mnie zatro­ska­nym wzro­kiem. W końcu przy­je­chali – Levan i Acziko. Przed­sta­wili się, że są przy­ja­ciółmi Soso i zabie­rają mnie do stada.

Po dro­dze wspo­mnieli, że będzie jesz­cze czte­rech paste­rzy, stado już wyszło kilka godzin wcze­śniej, ale wyprze­dzimy ich, by zbu­do­wać obo­zo­wi­sko. Sta­nę­li­śmy ok. 10 km dalej na ostat­niej łące przy rzece. Paste­rze ze sta­dem dołą­czyli do nas po chwili. Schro­nili się pod roz­ło­żoną płachtą, roz­pa­lili ogni­sko, suche drewno wzięli z auta. Deszcz ustał. Zasie­dli­śmy do wspól­nej kola­cji, po któ­rej Gio z Leva­nem roz­ście­lili mi filc na folii pod płachtą, bym miała gdzie spać. Oni umo­ścili się pod gołym nie­bem.

Dzień pierw­szy wędrówki

4.45. Kil­ka­na­ście minut na ogar­nię­cie się, poranną toa­letę i kawę. Idziemy kil­ka­na­ście kilo­me­trów – do mostu, na któ­rym rok temu noco­wa­łam z paste­rzami. Chwila odpo­czynku, śnia­da­nie i grza­nie się w pierw­szych pro­mie­niach słońca. Ruszamy.

Ganiam z tyłu stada do przodu i z powro­tem, by robić zdję­cia  – robię wię­cej kilo­me­trów niż owce. Cie­szę się, że jestem tak świet­nie przy­go­to­wana: mam spraw­dzoną kurtkę prze­ciw­desz­czową, soft­shel­lowe spodnie i trek­kin­gowe buty. Patrzę z wyż­szo­ścią na kalo­sze, które mają wszy­scy, poza mną. Moja pew­ność sie­bie koń­czyła się przy prze­kra­cza­niu stru­mieni z top­nie­ją­cych lodow­ców  – Levan prze­wozi mnie konno. Przy kolej­nym cze­kam na jadący za nami samo­chód.

Przed 15.00 jeste­śmy ok. 300 m poni­żej Prze­łę­czy Abano. Prę przed sie­bie, prze­ko­nana, że nie­długo przej­dziemy na drugą stronę góry. Dla­czego sta­jemy? Star­szy Levan pod­jeż­dża autem, chło­paki wyrzu­cają wszystko z naczepy, roz­kła­dają filce. – Tu zosta­jemy – wyja­śnia Levan i poka­zuje zakręt drogi mię­dzy ścianą, w któ­rej jest wydrą­żona, a kil­ku­set­me­trową prze­pa­ścią. Kła­dzie się na filcu i w ułamku sekundy zasy­pia. Wszy­scy padają z wycień­cze­nia, ja rów­nież. Po godzi­nie budzę się, zupeł­nie jakby ktoś mnie zawo­łał. Chmury tań­czą poru­szane przez wiatr, świa­tło zmie­nia się w mgnie­niu oka. Wraca mi ener­gia, chwy­tam za apa­rat i do dzieła!

Levan patrzy na mnie jed­nym okiem.

– Czy ty nie powin­naś być mar­twa? Odsy­piaj.

– Nie mogę, tylko popatrz, ile się dzieje.

Nie mogę już usnąć. Wiatr coraz bar­dziej pory­wi­sty, a nad głową tylko cerata roz­pięta na palach. Zimno. Zako­puję się w śpi­wór, nic nie pomaga. Tem­pe­ra­tura spada kilka kre­sek poni­żej zera, trzęsę się. Przy­kry­wam śpi­wór kurtką, nogi owi­jam w polar. Zaczyna mocno padać, ale tem­pe­ra­tura pod­nosi się. Już lepiej. Naprze­ciw mnie stoi owca. Patrzy na mnie i się nie rusza. Tak po pro­stu się gapi i nawet nic nie żuje. Pod­kur­czam nogi, wresz­cie zasy­piam.

Dzień drugi wędrówki

3.45. Dzwoni budzik w tele­fo­nie. Spa­łam godzinę. Na kamie­niu przy ogni­sku Giorgi w dużej puszce po kon­cen­tra­cie pomi­do­ro­wym parzy kawę. Dziwne, że w domu nigdy nie sma­kuje tak dobrze, jak przy ogni­sku w górach…


Fragment artykułu z Kontynentów 3/2017

KUP

BĄDŹ Z NAMI W KONTAKCIE