08.10.2017

Dwoje na krawędzi

Co nas pod­ku­siło, by wejść na naj­nie­bez­piecz­niej­szy szlak świata, by włą­czyć go do naszej oso­bi­stej geo­gra­fii? Opo­wiemy – na dwa głosy

Tekst: Kata­rzyna Moło­nie­wicz, Abel Mur­cia

Zdję­cia: Abel Mur­cia

Abel

Cami­nito del Rey, Kró­lew­ska Dróżka – to brzmiało magicz­nie dla kil­ku­latka z nad­mor­skiego mia­steczka w hisz­pań­skiej Kata­lo­nii, któ­rym kie­dyś byłem. Nie wiem, dla­czego aku­rat te słowa nio­sły ze sobą posmak nie­okre­ślo­nej tajem­nicy i przy­gody. Suge­stywne zdrob­nie­nie, o któ­rego gene­zie jesz­cze nie mia­łem poję­cia, koja­rzyło mi się zawsze jakoś baj­kowo, może przez tego nie­wia­do­mego króla. Emo­cje roz­pa­lała też fama Cami­nito jako „naj­nie­bez­piecz­niej­szego szlaku świata”, które to okre­śle­nie poja­wiało się obo­wiąz­kowo w parze z Kró­lew­ską Dróżką. Nie­ważne, że stwier­dze­nie takie było zapewne prze­sa­dzone i wyni­kało z powszech­nej skłon­no­ści opa­try­wa­nia róż­nych zja­wisk przed­rost­kiem naj-, jakby bez niego nie mogły one wzbu­dzić dosta­tecz­nego zain­te­re­so­wa­nia – naj­więk­szy, naj­wyż­szy, naj­star­szy, naj­dłuż­szy, naj… Mit Cami­nito umac­niał się jesz­cze poprzez fakt, że cały teren został na wiele lat zamknięty przez wła­dze Anda­lu­zji ze względu na dużą liczbę groź­nych wypad­ków, do jakich tam docho­dziło. Czy trzeba było cze­goś wię­cej, żeby pod­jąć natych­mia­stową decy­zję o odwie­dze­niu Cami­nito, gdy po latach razem z Kasią włą­czy­li­śmy rejon Malagi do naszej oso­bi­stej geo­gra­fii, w któ­rej były już War­szawa, Kra­ków i Moskwa?

Kasia

Wcho­dzimy na wąską kładkę przy­cze­pioną do skal­nej ściany wzbi­ja­ją­cej się dosko­na­łym pio­nem na wyso­kość trzy­stu metrów. Na prze­ciw­le­głej ścia­nie, po dru­giej stro­nie wąskiego kanionu, uwi­jają się ptaki. Zni­kają w szcze­li­nach i małych gro­tach w wapien­nej skale, sia­dają na wyso­kich pół­kach, cho­wają się w trzci­nach i tata­ra­kach na dnie kanionu, nad rzeką. Naj­niż­sze pię­tra zaj­mują cza­ple, łyski i kor­mo­rany. Wyżej oknówki, jerzyki, gołę­bie skalne, orzełki. Na samej górze sępy płowe, cza­sami ścierw­niki i orły. Przez ostat­nie czter­dzie­ści lat miały swój habi­tat na wyłącz­ność, nie dzie­liły prze­strzeni z ludźmi, któ­rzy pra­wie nie mieli wstępu do tego zakątka, może jedy­nego takiego w Euro­pie, zale­d­wie pięć­dzie­siąt kilo­me­trów od zala­nej tury­stami Costa del Sol. Eko­sys­tem zamknięty jak w pudełku strze­li­stymi górami, pio­nowy ogród z odrębną florą i fauną. Ten Eden, na pół­noc od Malagi, to Cami­nito del Rey, Kró­lew­ska Dróżka, słynna do nie­dawna na całym świe­cie jako the most dan­ge­rous path in the world. W 2015 roku wstęp do raju uzy­skali tury­ści. W idą­cej przed nami grupce trzy kobiety palą papie­rosy.

Abel

Zanim wej­dziemy na kładkę, prze­mie­rzamy lesi­stą oko­licę tak typową dla rejo­nów śród­ziem­no­mor­skich, o oliw­ko­wym, szorst­kim kolo­ry­cie, o któ­rym tyle razy dys­ku­to­wa­li­śmy z Kasią, zafa­scy­no­wani soczy­sto­ścią pol­skiej zie­leni. Co prawda tutaj, dzięki bli­sko­ści rzeki Guadal­horce, wyziera gdzie­nie­gdzie ciemna buj­ność, ale nie opusz­cza nas surowy pej­zaż, w któ­rym przy­roda wygrywa zawsze poje­dy­nek z czło­wie­kiem. Świad­czą o tym pry­zmy kamieni, które kie­dyś były domem, led­wie roz­po­zna­wal­nym na tle skal­nego urwi­ska, jakieś dwie­ście metrów od kamien­nej kate­dry wzno­szą­cej się na prze­ciw­le­głym brzegu. Po lewej stro­nie towa­rzy­szą nam trzciny, sito­wie, maki, w dole  – zmą­cona zie­leń rzeki. Na początku wła­ści­wej trasy otrzy­mu­jemy kaski, z zale­ce­niem, żeby nie zdej­mo­wać ich pod żad­nym pozo­rem. Po dro­dze prze­ko­namy się, że ryzyko osu­nięć i odry­wa­nia się kamieni jest jak naj­bar­dziej realne. Do tej pory zatrzy­my­wa­łem się co rusz, żeby spró­bo­wać uchwy­cić kamerą atmos­ferę miej­sca. Od tej chwili to nad­gry­zione wodą skały pocią­gną mnie za sobą i wyzna­czą przy­stanki wędrówki. W prze­dzie mignie od czasu do czasu ple­cak i kolo­rowa chu­sta Kasi, chro­niąca ją przed palą­cym już majo­wym słoń­cem. Daszek kasku utrud­nia robie­nie zdjęć, ale nie na tyle, by ode­rwać mój wzrok od skal­nych form i resz­tek dzia­łal­no­ści ludz­kiej w postaci żela­znych lin, szyn, betonu. Wszyst­kie te ele­menty, łącz­nie z kołu­ją­cymi nad naszymi gło­wami sępami i zni­ka­ją­cymi wśród kamieni jasz­czur­kami, współ­two­rzą to jedyne w swoim rodzaju miej­sce.

Kasia

21 maja 1921 roku na sta­cję kole­jową w Goban­tes wje­chał kró­lew­ski pociąg. Zakoń­czono wła­śnie budowę wiel­kiej tamy i zalewu El Chorro. Król Hisz­pa­nii Alfons XIII, z dyna­stii Bur­bo­nów, miał poło­żyć sym­bo­liczny ostatni kamień koro­nu­jący tę godną fara­onów budowlę, a głów­nemu inży­nie­rowi nadać ksią­żęcy tytuł. W stru­gach desz­czu król odbył prze­jażdżkę moto­rówką po zale­wie. W przy­pły­wie pań­skiej łaski zezwo­lił swej świ­cie nie zdej­mo­wać kape­lu­szy. Empa­tyczny monar­cha zapro­sił też zabez­pie­cza­ją­cych cere­mo­nię gwar­dzi­stów, aby schro­nili się pod namio­tem i przy­łą­czyli do ban­kietu. Następ­nie dele­ga­cja wspięła się na kładkę zawie­szoną na skal­nej ścia­nie. Monar­szy błęd­nik z god­no­ścią zniósł spa­cer na wyso­ko­ściach, a kró­lew­ska stopa pew­nie poko­nała wąską trasę, zwaną w owych cza­sach piesz­czo­tli­wie Bal­ko­ni­kiem. Póź­niej zyska ona rów­nie eufe­mi­styczne miano Kró­lew­skiej Dróżki. Ale to za jakiś czas, po tym, jak w 1931 roku libe­ralny monar­cha uda się dobro­wol­nie na emi­gra­cję. Na tron powróci dopiero jego wnuk, Juan Car­los I, po śmierci Franco w 1975 roku i po 44 naj­bar­dziej chyba tra­gicz­nych latach w histo­rii Hisz­pa­nii. Alfons XIII spę­dzi resztę życia w luk­su­so­wych hote­lach róż­nych euro­pej­skich miast, w jakże róż­nej sce­ne­rii niż pej­zaż geo­lo­gicz­nego i przy­rod­ni­czego cuda w pro­win­cji Malaga, które odwie­dził jako trzy­dzie­sto­pię­cio­letni monar­cha, w sile wieku i kró­lew­skiego splen­doru.


Fragment artykułu z Kontynentów 3/2017

KUP

BĄDŹ Z NAMI W KONTAKCIE