IMG_7558
25.03.2018

Do źródła

Tekst i zdję­cia: Bar­tek Sabela

Leo uta­kufa, muzungu” – powie­działa cicho.

Widzia­łem ją, gdy piroga, w któ­rej sie­dzie­li­śmy, z mozo­łem odbi­jała od brzegu i pięła się w górę nurtu wiel­kiej rzeki. Patrzy­łem jej w oczy, gdy trzy­ma­jąc się burt, myśla­łem jedy­nie o tym, by łódź się nie wywró­ciła. Ona stała w męt­nych wodach Ulindi, tuż przy stro­mym, gli­nia­stym brzegu, pochy­lona nad koszem pra­nia. Była dziec­kiem, miała może kil­ka­na­ście lat, a jed­nak jej wzrok i te słowa wyszep­tane z jakąś cichą, pier­wotną nie­na­wi­ścią, a jed­no­cze­śnie zim­nym spo­ko­jem spra­wiały, że czu­łem rosnący nie­po­kój. Jakby poca­łu­nek śmierci, który wysy­łał nas w drogę, z któ­rej nie będzie dla nas powrotu. Przez chwilę bałem się ruszyć, patrzy­łem tępo to na bru­natną wodę, to na naszego Cha­rona, który każ­dym ruchem dłu­giego wio­sła odda­lał nas od brzegu. Tam zosta­wała Sha­bunda, zosta­wały kobiety z wiel­kimi koszami na ple­cach i pijani od rana męż­czyźni, opie­ra­jący się o swe rowery. I te dzieci świ­dru­jące nie­zro­zu­mia­łym wzro­kiem.

Po dru­giej stro­nie cze­kał już tylko las.

❖❖❖

Z brzegu ruszyła druga piroga, towa­rowa, wydrą­żona z nieco szer­szego i dłuż­szego pnia. Zała­do­wano na nią nasze motory, ple­caki, zmie­ścili się rów­nież nasi kie­rowcy. Było coś nie­pew­nego w tej chwili, coś, co ryso­wało się na twa­rzach moich towa­rzy­szy, coś, co czu­łem i ja. Nasza piroga tym­cza­sem zaczęła powoli zawra­cać, by nurt zniósł ją na odpo­wied­nie miej­sce po dru­giej stro­nie. To naj­gor­szy moment, bo przez chwilę chy­bo­tliwa łódź stoi w poprzek rzeki, jakby bez­bronna, wraż­liwa na naj­mniej­sze fale czy nie­ostrożny ruch pasa­że­rów. Mia­łem wra­że­nie, że trwa to całą wiecz­ność, zwłasz­cza gdy spo­glą­da­łem na dziew­czynę, która nadal stała nad brze­giem, nadal odpro­wa­dzała nas wzro­kiem na drugą stronę.

Ulindi swe źró­dła ma w górach, gdzie spo­ty­kają się gra­nice Konga, Rwandy i Burundi, więc woda w rzece jest sto­sun­kowo zimna. Na wyso­ko­ści Sha­bundy rzeka ma od 150 do 200 metrów sze­ro­ko­ści i nurt, z któ­rym czło­wiek nie ma żad­nych szans. W zako­lach two­rzy wiry, które mogą wcią­gnąć pirogę.

W miej­scu prze­prawy Ulindi bie­rze wła­śnie zakręt, ota­cza­jąc potęż­nym mean­drem Sha­bundę. Kil­ka­set kilo­me­trów dalej wpad­nie do Wiel­kiego Konga.

Naj­pierw krzaki, wysta­jące do wody konary, całe mnó­stwo lep­kiej, mokrej zie­lo­no­ści, która witała nas na pół­noc­nym brzegu. Potem skra­wek wykar­czo­wa­nej, uto­pio­nej w bło­cie przy­stani. I pierw­sze słowa, jakie wymie­ni­li­śmy mię­dzy sobą.

– Wiesz, co powie­działa ta dziew­czyna? – spy­tał mój zna­jomy.

– Nie.

– Dziś umrze­cie, bia­łasy…


Przeczytałeś fragment tekstu. Całość znajdziesz w najnowszym numerze, który kupisz  w naszym nowym sklepie:

sklep.magazynkontynenty.pl

Magazyn Kontynenty

BĄDŹ Z NAMI W KONTAKCIE