05.04.2017

Axarquía. Tam, gdzie rosną papaje

Tekst: Kata­rzyna Moło­nie­wicz; zdję­cia: Abel Mur­cia

Verano azul, nie­bie­skie lato, było ponad trzy dekady temu czymś wię­cej niż okre­śle­niem koloru hisz­pań­skiego nieba. Było hasłem, na które 20 milio­nów Hisz­pa­nów zasia­dało w nie­dzielę przed tele­wi­zo­rem, żeby obej­rzeć kolejny odci­nek mło­dzie­żo­wego serialu. Parę lat póź­niej film tra­fił rów­nież do Pol­ski.

W czo­łówce nasto­letni boha­te­ro­wie pędzą na rowe­rach po uli­cach anda­lu­zyj­skiego mia­steczka Nerja, godzinę drogi od Malagi i godzinę od Gre­nady. Ta ich eufo­ryczna jazda, bez trzy­manki, w peł­nym pędzie, będzie mi się zawsze koja­rzyła z naro­dzi­nami nowej Hisz­pa­nii.

Javi, Bea i Pan­cho wcho­dzą w doro­słe życie w kraju, który, jak oni, dopiero się for­muje. Jesz­cze nie wia­domo, co z nich wyro­śnie, jesz­cze nie wia­domo, jak poto­czą się losy ich ojczy­zny. To począ­tek lat osiem­dzie­sią­tych. W powie­trzu czuje się opty­mizm i ener­gię trans­for­ma­cji. Minęło pięć lat od śmierci Franco, ale zale­d­wie rok od woj­sko­wego puczu, kiedy Gwar­dia Cywilna wtar­gnęła do Kor­te­zów, a ope­ret­kowy puł­kow­nik Tejero, strze­la­jąc w powie­trze, wrzesz­czał: „Wszy­scy na zie­mię, kurwa!”. I budził wszel­kie hisz­pań­skie demony, jesz­cze nie cał­kiem uśpione po woj­nie domo­wej i czter­dzie­stu latach fran­ki­zmu.

To były czasy prze­łomu, gdy wieje wiatr histo­rii, a „ludziom, jak pięk­nym pta­kom, rosną skrzy­dła, nato­miast trzęsą się por­tki pęta­kom”. Czasy wizjo­ne­rów, potra­fią­cych wyzwo­lić się z grzę­za­wi­ska prze­szło­ści i zapro­po­no­wać coś, co jesz­cze chwilę przed­tem byłoby nie do pomy­śle­nia w kraju mają­cym za sobą nie­wy­rów­nane „rachunki krzywd” i, co gor­sza, rachunki krwi. I tak, nie tylko socja­li­ści, zde­kla­ro­wani repu­bli­ka­nie, ale nawet komu­ni­ści, któ­rych nikt w naj­śmiel­szych fan­ta­zjach nie posą­dzałby o sym­pa­tie monar­chi­styczne, zaak­cep­to­wali restau­ra­cję monar­chii, a król Juan Car­los, wycho­wa­nek Franco zawdzię­cza­jący koronę wyłącz­nie akro­ba­tycz­nej kon­cep­cji tego ostat­niego, potę­pił w orę­dziu tele­wi­zyj­nym puczy­stów i opo­wie­dział się za racz­ku­jącą jesz­cze demo­kra­cją.

Dzięki takim i innym kar­ko­łom­nym wira­żom Hisz­pa­nia, zaścian­kowa, kul­tu­rowo i spo­łecz­nie zaco­fana, pach­nąca zatę­chłą kruchtą, zro­biła krok do przodu i dołą­czyła do sze­regu euro­pej­skich demo­kra­cji. Co się zmie­niło od tego czasu? Dziś kom­pro­mis jest tak trudny, że utwo­rze­nie rządu wyma­gało pra­wie rocz­nych nego­cja­cji i dwu­krot­nych wybo­rów, a hisz­pań­scy poli­tycy coraz bar­dziej przy­po­mi­nają boha­te­rów Umar­łej klasy powta­rza­ją­cych w kółko jak zacięte kata­rynki bez­sen­sowne, wyświech­tane fra­zesy i dzie­cinne wyli­czanki.


Fragment artykułu z Kontynentów 1/2017

KUP

BĄDŹ Z NAMI W KONTAKCIE