05.04.2017

Afronauci

Tekst i zdję­cia: Bar­tek Sabela

Z Zambii na Księ­życ! Tak, tak, Afryka też miała swój pro­gram kosmiczny. Cał­kiem serio.

Sikota Wina przyj­muje mnie w swoim domu na przed­mie­ściach Lusaki. Sta­lową bramę odsuwa ubrany w łach­many odźwierny. Cze­kamy dłuż­szą chwilę, zanim popro­wa­dzi nas przez aleję ogrodu w kie­runku roz­ło­ży­stego budynku.

Wcho­dzimy do nie­wiel­kiego pokoju, który rów­nie dobrze mógłby być salą muze­alną. Tyle prze­róż­nych zbio­rów nie ma nawet zambij­skie Muzeum Naro­dowe. Z różo­wych ścian pokoju patrzą na mnie wszel­kie oso­bi­sto­ści afry­kań­skie, pre­zy­denci, pre­mie­rzy, biskupi róż­nych wyznań, przy sto­łach, na sta­dio­nach, przed mikro­fo­nami, opra­wieni w złote ramy. Wśród tych pro­mi­nen­tów, tro­chę jak wśród drzew sawanny, kryją się tu i ówdzie wypchane głowy zwie­rząt – to gazela, to jakiś egzo­tyczny ptak. Zakło­po­tany nie wiem, gdzie usiąść, żeby nie poru­szyć jakie­goś obrazu, nie zbić wazy czy pucharu. Z szaf, półek, pomoc­ni­ków i sekre­ta­rzy­ków zer­kają figurki afry­kań­skich bóstw, uwiecz­nione w ciem­nym, twar­dym drew­nie, ze wszel­kimi atry­bu­tami swej afry­kań­sko­ści – wiel­kimi sto­pami, obfi­tymi pier­siami, wydat­nymi peni­sami i wiszą­cymi uszami. Do tego gdzie­nie­gdzie zegary, stare zestawy do her­baty zapewne z jakie­goś arab­skiego kraju, pro­porce egzo­tycz­nych klu­bów pił­kar­skich, srebrne tace, kie­liszki, dziwne instru­menty muzyczne, bębny, grze­chotki, zestawy świecz­ni­ków, stada por­ce­la­no­wych łabę­dzi.

Sia­dam na kana­pie, rów­nie różo­wej co ściany. Tuż za moimi ple­cami szcze­rzy się w moją stronę natu­ral­nej wiel­ko­ści wypchany wielki kot, lew, tygrys czy inny lam­part. Drugi, taki sam, prze­cha­dza się po niskim para­pe­cie, uchwy­cony w pozie suge­ru­ją­cej polo­wa­nie. Księżna Naka­tindi, żona Sikoty, lubiła polo­wa­nia. Sikota Wina roz­siada się obok mnie na ogrom­nym, skó­rza­nym fotelu. Pasuje do tego wnę­trza i do tych zwie­rząt. Wielki, zwa­li­sty typ z natu­ral­nie zatro­ska­nym wyra­zem twa­rzy i opa­da­jącą powieką jed­nego oka.

– Mukuka Nko­loso przy­szedł do mojego biura – zaczyna cichym, ledwo sły­szal­nym gło­sem. Widzę, że wspo­mnie­nia spra­wiają mu radość. – Sta­nął w drzwiach, zasta­no­wił się chwilę i powie­dział: „Sikota, nie uwa­żasz, że my też byśmy mogli doko­nać tego, co robią teraz biali?”. „O co dokład­nie ci cho­dzi?”, spy­ta­łem. „No, o ten cały wyścig kosmiczny”, odparł. Roze­śmia­łem się gło­śno. Nigdy by mi to nie przy­szło do głowy! Owszem, sły­sza­łem, że Ame­ry­ka­nie pró­bują wysłać czło­wieka na Księ­życ. Powie­dzia­łem mu: „Nie wydaje ci się, Mukuka, że my tutaj mamy wiele waż­niej­szych spraw na gło­wie niż lądo­wa­nie na Księ­życu? Na przy­kład musimy wyzwo­lić nasz kraj! Wycieczka na Księ­życ może pocze­kać”. Nie wyglą­dał na prze­ko­na­nego, wręcz prze­ciw­nie. Powta­rzał: „Nie, nie, musimy poka­zać bia­ła­som, że my też potra­fimy, że możemy to zro­bić tutaj, w Lusace!”. Spy­ta­łem zatem, gdzie chce zacząć, bo byłem prze­ko­nany, że żar­tuje. A on mi na to: „Wła­śnie dla­tego do cie­bie przy­cho­dzę, Sikota, jeśli się zgo­dzisz, to zaczął­bym tre­no­wać ludzi tu na wzgó­rzu”.

Biuro Uni­ted Natio­nal Inde­pen­dence Party, w któ­rym pra­co­wał Sikota Wina, znaj­do­wało się wtedy w czar­nej dziel­nicy Matero. Za nim wyra­stało nie­wiel­kie, poro­śnięte buszem wznie­sie­nie.

– On naprawdę wie­rzył, że to jest moż­liwe – mówi Sikota Wina.


Fragment artykułu z Kontynentów 1/2017

KUP

BĄDŹ Z NAMI W KONTAKCIE